Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr sierpień 2003
Jadąc ku Bogu
      Pielgrzymka Niepełnosprawnych, wychodząca z parafii św. Józefa na warszawskiej Woli, była pomysłem kilku młodych zapaleńców. Swój plan przedstawili księdzu Stanisławowi. Ten przyjął go z dużym dystansem, mając świadomość trudności, jakie niesie z sobą organizacja; należało znaleźć drogę nadającą się do przejazdu wózków z chorymi oraz dla ludzi mających problemy z chodzeniem. Zarazem nie można było planować przejścia głównymi trasami, gdyż ciągły huk przejeżdżających aut zbyt mocno dałby się pielgrzymom we znaki. Inicjatorzy wsiedli w samochód i pojechali sprawdzić. Szukali długo, ale okazało się, że szansa jest. Wszyscy z radością odetchnęli, aczkolwiek był to tylko początek trudów. Zaczęły się starania o pozwolenia, szukanie noclegów, organizowanie pieniędzy, transportu, miejsc wypoczynku, posiłków itd. Na koniec trzeba było zorganizować sztab duchownych, porządkowych, medycznych. I poszli; pierwszy raz dwanaście lat temu.

      Od tamtego czasu zmieniło się bardzo wiele; spośród tych, którzy towarzyszą pielgrzymce od początku, została garstka. Zmieniły się warunki finansowe, niektóre trasy i wygląd dróg. Ale nie zmieniło się jedno, najważniejsze: jest to pielgrzymka dla ludzi niepełnosprawnych. Nie ma takiej drugiej w Polsce. Owszem, niepełnosprawni chodzą z różnymi pielgrzymkami, ale ta w całości jest "pielgrzymką niepełnosprawnych". Jej duch ukazuje, jak bardzo chorzy różnią się od "zdrowych" i jak bardzo zarazem jesteśmy do siebie wszyscy podobni. Choć "pójście" może oznaczać pojechanie na wózku, choć modlitwa jest inna, zmęczenie inne, przeżywanie emocjonalne inne, to przecież wiodą one do tego samego celu i zawsze chodzenie pozostaje chodzeniem, modlitwa modlitwą, a zmęczenie zmęczeniem.

      Trudu zaś było wiele. W ciągu dnia przebywaliśmy średnio dwadzieścia osiem kilometrów. Trasy bywały różne, choć w większości zdatne do przejazdu wózkami. Hojność ludzi okazywała się być wielka, jedzenia w większości miejsc nie brakowało, aczkolwiek zdarzało się wyruszać bez śniadania. Niewygód spędzania nocy na sianie albo na podłodze w szkole lub w remizie strażackiej także nie dało się uniknąć. Niedogodności te najczęściej spotykały opiekunów, ale i podopiecznym się zdarzały. Oczywiście czujni "pomocnicy" starali się zrobić wszystko, żeby niewygody ograniczyć do minimum, używając do tego karimat, koców i innych ulepszeń. Kolejna trudność, w najmniejszym stopniu zależna od organizatorów, to deszcz. Padał często i gęsto, towarzyszył nam już przy wychodzeniu z Warszawy, a nie zabrakło go także w ostatnim dniu, kiedy wchodziliśmy do Częstochowy. Wspomnę tylko o fakcie, który wielu uznało za znak wyraźnej ingerencji Boga, by pokazać nam, jak bardzo jesteśmy mile widziani na Jasnej Górze, że wraz z naszym dotarciem do głównej alei deszcz ustał i zrobiło się bardzo ładnie na świecie. Organizatorzy o tyle mieli wpływ na likwidowanie zgubnych skutków deszczu, na ile starczyło miejsc w obleganym w takich chwilach autobusie pielgrzymkowym. Dawał on lepsze schronienie niż jakikolwiek płaszcz przeciwdeszczowy. Oprócz rzeczy natury raczej technicznej, jak psucie się wózków czy braki w ciepłej odzieży, pozostaje kwestia złego samopoczucia, na co u osób niepełnosprawnych znacznie większy niż u sprawnych wpływ mają warunki pogodowe, brak wygody i załamanie się rytmu dnia. Choć cierpienie było widoczne na twarzach, poddawało się mu niewielu. Ci najbardziej cierpiący, z obtarciami, dygoczący z zimna podczas deszczu, pozostający za grupą ze zmęczenia, stawiali sobie za punkt honoru, żeby się nie poddać, żeby pójść dalej, choćby tylko do końca tego aktualnego etapu.
      Postoje wyznaczane były średnio co pięć kilometrów. Pozycja horyzontalna miała największą ilość zwolenników. Mszę świętą sprawowano każdego dnia przed południem w kościele albo pod gołym niebem. Wieczorem zaś uczestniczyliśmy w Apelu we własnej grupie, a dwa razy we wspólnym. Był on podsumowaniem dnia, trudów z nim związanych, czasem zabawy, ale także łez. Niektórzy łączyli się z nami tylko myślami; gdyż zbyt byli już zmęczeni, by zdobyć się na wysiłek przejścia kilkuset metrów i stania przez godzinę na mocno poturbowanych stopach.

      Oprócz osób niepełnosprawnych szły również osoby "sprawne". Chorzy potrzebują opieki, pomocy. Zdani są na nas. W pełnym wymiarze zorganizowanie pielgrzymki jest ponad siły osoby niepełnosprawnej, pomocy innym niepełnosprawnym również. To jest wspólne uczenie się. My dajemy osobom upośledzonym nasze siły, umiejętności, oni zaś uczą nas, jaki człowiek jest naprawdę, zrywają nam zasłonę z oczu. Nie wiem, i wątpię w to, czy był tam opiekun, który sam nie potrzebował opieki innych, uwagi i miłości. Każdy człowiek jest pod tym względem "niepełnosprawny", potrzebuje daru od innych. Niepełnosprawni uczą nas i usprawiedliwiają; każdy, mniej czy bardziej samodzielny ma prawo oczekiwać wyciągniętej w jego kierunku dłoni, daru miłości. Chorzy umiejący przyjąć pomoc są nieocenionymi nauczycielami. Zarazem zaś walczą, pozwalają przeprowadzić się z pokoju do łazienki, ale nie godzą się na pomoc w umyciu zębów, choćby czynili to z największym wysiłkiem. To także jest nauka siły, jaka w nas drzemie. Człowiek, który wydaje się być do końca pokonany i stracony, jeszcze gdzieś w sobie może odnaleźć nadzieję, może znaleźć niegasnące źródło energii życia. Chorzy otrzymują pomoc, zdrowi się uczą. Na to jednak potrzeba otwarcia się z obu stron. Na pielgrzymce było tego otwarcia bardzo wiele i wielu wyszło z niej odmienionych, z większą wiarą w siebie i w innych.
      Ten, kto wierzy w siebie i w innych, jest bardzo blisko Boga. Przykazanie: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego zawiera zachętę do kochania zarówno innych, jak i siebie. Nie wiem, czy więcej jest wśród niepełnosprawnych osób, które nie potrafią zaakceptować siebie, czy wśród sprawnych. Zdaje się, że różnica jest tylko taka: chorzy łatwiej to uzewnętrzniają, zdrowi natomiast bronią skutecznie dostępu do swego serca. Oczywiście o inne kompleksy i zranienia chodzi, ale mają je wszyscy. Łatwiej pokochać innych, szczególnie tych, którzy są dla nas dobrzy, niż siebie. Ale czując się kochanymi, szybciej zauważamy, co w nas warte jest miłości.
      Na pielgrzymce byli też więźniowie; niektórzy już po raz kolejny. Także studenci, pielęgniarki, ludzie różnych zawodów i przekonań. Byli niepełnosprawni ruchowo, umysłowo, ludzie w starszym wieku. Byli tacy, których podziwiano, ale także ci, co z różnych względów szukali rzeczy, na które nie było tam ani miejsca ani czasu. Jednakże nikogo nie mógł ominąć klimat wzajemnej akceptacji, otwartości i gotowości do pomocy drugim. Choć bywali i ludzie unikający tego, musieli zauważać przykłady małych i wielkich miłości. Niepełnosprawni umysłowo, którzy niewiele "rozumieją", wiele czują. Oni również nie byli pozbawieni leczniczego wpływu uczucia, dotknięcia dłoni, zainteresowania i kontaktu.

      Brat Roger z Taizé pisał: Kto zbliża się do świętości Chrystusa w tajemnicy komunii, jaką jest Jego Ciało, Kościół, ten jest nieodparcie prowadzony - jako ubogi w Panu - do szukania przejrzystości, dziecięctwa i otwartości serca ogarniającego wszystkich. Zbliżanie się, wędrówka, jest niezaprzeczalnym wymiarem życia chrześcijanina. Człowiek jako dziecko Boże dąży do "dorosłości" duchowej, jest ciągle w drodze. Zbliża się w ten sposób do Ojca. Pielgrzymowanie do miejsc świętych, obecne w Kościele od samego początku jest jednym z namacalnych przejawów przyjmowania przez wierzących tej prawdy. Człowiek pokonuje duże odległości na swych nogach czy na wózku w istocie po to, by zbliżyć się do Boga we własnym sercu. Będąc bliżej Boga, chrześcijanin widzi, jak jego serce się zmienia i staje się przejrzyste, dziecięce i otwarte. Pielgrzymka niepełnosprawnych uświadomiła mi, że wśród nich właśnie mamy najlepszy przykład czystego kontaktu z Bogiem. Któż bowiem inny jest bardziej naznaczony sercem przejrzystym, dziecięcym i otwartym na wszystkich?
Norbert Kacprzak SJ
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
  • Jadąc ku Bogu - Norbert Kacprzak SJ
  • Posługa słowa - Paweł Szpyrka SJ
  • PSJ VIII/2003
    skocz do numeru:
    © Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
    Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.