Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr listopad 2003
Jak rozpoznać świętego?
Ryszard Paluch: Proszę Księdza: Czy dzisiaj można jeszcze spotkać świętego?

Ks. Jerzy Mikuła SDB: Myślę, że ten świat eklezjalny, w którym się poruszamy, jest pełen świętych; tych tam "wysoko" - ale przecież oni są tak naprawdę z nami - i świętych pośród nas, których może czasami trudno rozpoznać, ale wierzę, że jest ich bardzo wielu.

R.P.: Skoro już przywołano mieszkańców nieba, chciałbym zapytać o ulubionych Księdza świętych

Ks. J.M.: Wielu świętych Pan Bóg pozwolił mi poznać w życiu. Myślę, że pewne obszary mojego życia są związane ze szczególną bliskością niektórych świętych. Pewnie najbliższy jest św. Jan Bosko, chociaż to jest taki dziwny święty, do którego osobiście nie miałem jakiejś specjalnej relacji emocjonalno-sentymentalnej lub chęci, żeby np. wnikliwie studiować jego spuściznę. Po prostu wiem, że on w pewnym momencie pojawił się w moim życiu, bardzo dawno, gdy byłem jeszcze dzieckiem, kiedy trafiłem do parafii salezjanów. W niedostrzegalny sposób przez jego modlitwę, przez jego obecność pośród wspólnoty salezjańskiej i wzór życia, który zostawił, to wszystko przenikało do mojego serca przez całe lata, można ich już naliczyć ponad 30, jak jego obecność zaznaczyła się i nadal trwa w moim życiu.

R.P.: Jakich innych świętych Ksiądz by jeszcze wskazał?

Ks. J.M.: Swego czasu próbowałem ich policzyć. Dużą wagę przywiązuję do pewnych wydarzeń w moim życiu. I tak na przykład patron mojego dnia urodzin - bł. Władysław z Gielniowa; myślę, że każdy rodzi się w dniu, w którym Pan Bóg chciał, żeby się urodził. Dzień mojego Chrztu jest związany ze św. Łukaszem, przy bierzmowaniu wybrałem imię Apostoła Piotra, a jak Piotr, to nieodłącznie przychodzi mi na myśl św. Paweł. Ta dwójka ma dla mnie duże znaczenie. Także moja parafia przywołuje postać św. Edyty Stein - to parafia, w której praktykowała, kiedy jeszcze mieszkała we Wrocławiu.

R.P.: To niezwykłe, że możemy modlić się w tych samych murach, które są świadkami modlitw Świętej...

Ks. J.M.: Tu raczej chodzi o pewną świadomość, że te same chodniki, te same ulice, te same stopnie w kościele przemierzała ta osoba. Te miejsca przypominają nam, że ktoś taki, w tym kontekście, w tym środowisku, pośród tych drzew, tych ludzi - no może teraz już nie tych ludzi - ale tego skrawka świata, że ktoś taki potrafił żyć nieprzeciętnie, potrafił Bogu w pełni odpowiedzieć na Jego wołanie, na Jego plan. Jest to świadomość, która uskrzydla, która każe szukać tych osób, już teraz w wymiarze nie ziemskim, ale niebieskim, wspominać ich i do nich się uciekać. To bardzo mobilizuje, gdy się wie, że te osoby tutaj były.

R.P.: Zatem święci są wśród nas - granice życia św. Edyty to przecież nie tak odległa perspektywa czasu.

Ks. J.M.: Święci są i Edyta nie jest najbardziej współczesną świętą. Rok temu, 14 IV Ojciec Święty beatyfikował trzy osoby z salezjańskiej rodziny. Jedna z nich, s. Maria R. Meneses, zmarła w 1977 r., żyła i pracowała w Nikaragui i Kostaryce - tam służyła biednym dziewczętom. Była dla nich jak matka i to była jej świętość. Działo się to zaledwie 26 lat temu. Bo cóż to jest świętość? To jest naprawdę coś bardzo powszechnego, tylko Kościół czasami zauważy i "wypromuje" kogoś na ołtarze, ale to jest pośród nas, bo Kościół jest święty.

R.P.: No, ale jak to jest? Idę ulicą i jak mam rozpoznać świętego?

Ks. J.M.: Na ulicy może to być rzeczywiście trudne, chyba że już towarzyszy komuś jakiś nimb świętości, np. gdy pojawiała się gdzieś Matka Teresa z Kalkuty czy też pojawia się Ojciec Święty - no to może wiemy, że to są osoby oddane Bogu, które pozwoliły się Jemu prowadzić. A tak normalnie, myślę, że trzeba trochę pobyć z człowiekiem, poznać go. Najczęściej ci święci prawdziwi, tak nas trochę mylą. Często okazują się być normalni, nawet tak przerażająco normalni, że nigdy nam nie przychodzi do głowy, jakie bogactwo jest w ich sercu, jakie są ich prawdziwe motywy, dla których robią pewne rzeczy. Często te motywy są bardzo głęboko ukryte i zna je tylko Pan Bóg. Niejednokrotnie ich cierpienia, które są źródłem płodności ich życia, ich aktywnego uczestnictwa w miłości bliźniego, też są ukryte. Dlatego bardzo trudno przy pierwszym kontakcie dostrzec całą głębię, która ożywia człowieka, ale po jakimś czasie, kiedy stajemy się uwrażliwieni na wartości chrześcijańskie, na Ewangelię, na miłość, wtedy widzimy, że ten ktoś jest inny; to się wyczuwa.

R.P.: W jednym z artykułów ks. Krzysztofa Grzywocza przeczytałem o kategorii spojrzenia i wiary w poszukiwaniu świętego...

Ks. J.M.: To dokonuje się w Kościele w przestrzeni wiary i rozpoznanie świętego też musi się dokonać w przestrzeni wiary, bo tylko w tej przestrzeni można przyjąć kogoś czasami tak dziwacznego, oddającego życie np. w klasztorze klauzurowym jak św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Przecież to jest absurd, patrząc tylko po ludzku, żeby coś takiego miało miejsce. Świat powie, że to absurd. I rzeczywiście trzeba wiary, żeby zobaczyć, że życie ukryte w ciemnościach - jak mówi Pismo Święte - umierające w ciemnościach, w głębi ziemi, przynosi obfity owoc, że z tego się rodzi posiew świętości w człowieku, ale także rodzi się wokół niego. Dlatego trzeba wiary, żeby to zobaczyć.

R.P.: Co jest najważniejsze w świętości?

Ks. J.M.: Myślę, że jest kilka "składników" świętości. Pierwszy to jakieś dziwne pragnienie, które Bóg zasiewa w sercu każdego chrześcijanina, lecz nie każdy się budzi, żeby je odkryć. Jest to pragnienie radykalizmu, szaleństwa dla Pana Boga; i to niekoniecznie przejawiającego się w jakimś czynie szaleńczym, jednorazowym, tylko rzeczywiście w totalnym oddaniu swojego życia Jemu i Jego sprawie. Ponadto święty to ten, kto sam nie konstruuje swego życia, lecz pozwala prowadzić się Panu Bogu. Jest to kwestia woli Boga, ale jeszcze bardziej kwestia zaufania Mu. Zwróćmy uwagę, że gdy się czyta żywoty świętych, łatwo można dostrzec, kto ich prowadzi i przygotowuje do tego, co jest najważniejsze w ich życiu. Trudno to zobaczyć w swoim życiu. Świętość jednak na tym właśnie polega, aby pozwolić się poprowadzić Panu Bogu. Pozwolić Mu, nie przeszkadzać, nie lękać się, bo Pan Bóg czasami prowadzi przez paradoksalne sytuacje, przez cierpienie, przez niezrozumienie drogi, po której przyjdzie nam iść.

R.P.: A co ze świeckimi, czy oni też mogą być świętymi?

Ks. J.M.: Wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Wszyscy mamy słuchać Pana Boga, nie opierać się słowu Bożemu i być wiernymi poruszeniom łaski w najprostszych rzeczach. Jeden z przywoływanych tu beatyfikowanych salezjanów, brat Artemiusz Zatti, był świętym, ale każdy jego dzień był podobny do poprzedniego - był aptekarzem i całymi dniami jeździł rowerem do swoich chorych, rozdzielał im leki, czynił to z wielką miłością. Robił to, co było zgodne z jego wykształceniem, z zawodem, z jego powołaniem. Realizował swe powołanie z wielką miłością - z każdym starał się obcować tak jak z Chrystusem. To nie są wielkie rzeczy, to jest proza codzienności, z tym, że w świadomości pełnienia woli Bożej, gdy się jest zanurzonym w Bożej obecności i gdy się realizuje swe powołanie w łączności z Bogiem, wtedy wydaje się siebie ludziom, których Pan Bóg stawia na naszej drodze. I to jest świętość.

R.P.: Czyli nie trzeba wyjeżdżać gdzieś na drugą półkulę i szukać nie wiadomo kogo, ale że mogę być świętym tu i teraz...

Ks. J.M.: No tak. I myślę, że na ile jesteśmy tu i teraz świadomie, na ile tu i teraz jest dla nas darem, na ile tu i teraz jest dla nas momentem spotkania z Bogiem i pełnienia Jego woli. Jeżeli swoje powołanie wypełniam najlepiej, jak tylko mogę, z pomocą łaski Bożej, nawet czasami w otarciu o grzech, to Pan Bóg też prowadzi, to też jest droga ku temu, żeby być świętym.

R.P.: Chyba można by zaryzykować tezę, że święci wcale nie stanowią mniejszości, a jeżeli tak myślimy, to przez to, że dobro z natury jest mniej krzykliwe niż zło.

Ks. J.M.: Powiedziałbym, że mniejszością są ci święci, którzy są na ołtarzach - są mniejszością spośród większości świętych. Kościół bowiem ma, jak mówi Apokalipsa, niezliczone rzesze zbawionych, których my nie znamy lub o których niewiele wiemy.

R.P.: Dodajmy, że każdy kto jest w niebie jest święty.

Ks. J.M.: Tak, o tym przypomina nam pierwszy dzień listopada - liturgiczne wspomnienie Wszystkich Świętych, czyli wszystkich zbawionych. Wierzymy w tę prawdę, bo inaczej nie byłaby warta Krwi Chrystusa, Jego Ciała umęczonego i zmartwychwstałego, gdyby rzeczywiście były to tylko te jednostki, które Kościół kanonizuje czy beatyfikuje. Jest to tak wielka potęga Ofiary Chrystusa i Jego miłości, że pociąga za sobą niezliczone rzesze i one się uświęcają Jej mocą.

R.P.: Przygotowując się do naszego spotkania, rozmawiałem z jedną z koleżanek, która poprosiła, żebym zapytał Księdza, dlaczego ludzie nie chcą być świętymi.

Ks. J.M.: Podoba mi się to pytanie. Myślę, że gdy ludzie nie znają Pana Boga, nie mają doświadczenia Jego miłości, w związku z czym, to co im Pan Bóg proponuje, gdy zaczyna im "mieszać" w życiu, gdy zaczyna ich wprowadzać na swoje ścieżki, wtedy się boją. Dlatego świętość może się kojarzyć z czymś, co pogwałci ich życie, ich naturę, ich plany. Tego się boją, nie chcą. Ponadto człowiek jest tak bardzo przywiązany do swojego życia i do swoich wyobrażeń, które są często posiłkowane światem zewnętrznym, że dla niego jest zupełnie obcy fakt, że może żyć według Ewangelii i że ona da mu szczęście, które jest świętością. A jeszcze najbardziej banalny powód jest taki, że może rzeczywiście zapracowaliśmy sobie w Kościele na to, że święci kojarzą się z ekskluzywnością, z czymś, co jest nie dla nas, co jest zupełnie poza naszym doświadczeniem, bo to przecież coś nieosiągalnego. Wtedy z góry skazujemy na straty - to nie dla mnie, ja nie mam szans, może ktoś inny...

R.P.: W takim razie życzymy sobie pragnienia świętości?!

Ks. J. M.:
No właśnie. Pragnienie świętości to wspaniałe pragnienie, ale często się go boimy, bo świętość jest jednak drogą nietuzinkową, w takim sensie, że trzeba się zgodzić na drogę, którą Pan Bóg uważa za najlepszą dla nas, a co niejednokrotnie wiąże się z lękiem. Człowiek chciałby po swojemu, wtedy schodzi z drogi radykalnej świętości, no i czasami się porani. Ale rzeczywiście, życzymy sobie świętości, tzn. pozwolenia prowadzenia się Bogu.

R.P.: Dziękuję za rozmowę.
Ryszard Paluch
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
PSJ XI/2003
skocz do numeru:
© Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.