Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr grudzień 2003
Co mogę dla Niego uczynić?
      To moje wyznanie, Panie mój, czynię już u schyłku moich dni. Czas wędrowania przez pustynię usianą skałami, niekończącymi się piaskami z rzadka odsłaniającymi zieleń oazy, dobiega końca. Nadchodzi czas, aby połączyć się z moimi przodkami, aby... stanąć w prawdzie przed Tobą - Potężnym i Wszechmocnym. Ojcem Abrahama, Izaaka, Jakuba i całego rodu ludzkiego.
      Wyznaję, Panie, że wina moja jest wielka bo widziałem, a nie uwierzyłem, byłem świadkiem wielkich wydarzeń, a trwałem w nieufności i sceptycyzmie. Jako widzący byłem ślepy, gdyż aż dotąd tkwiłem w ciemności serca, chociaż tak często było ono rozrywane niepokojem, a sumienie wołało: a ja...?
      Widziałem, Panie, tę jedyną gwiazdę, którą sam kierowałeś, aby szła po ciemnym niebie szlakiem wyznaczonym Twoją mądrością.
      Poszedłem za nią targany ciekawością. Od najmłodszych lat wpatrywałem się w gwiazdy. Znałem ich położenie na pamięć jak wszystkie szlaki pasterskie, tajemne ścieżki do wodopojów. Kończąc dzień, byłem pewien, że spotkam je wszystkie i że któregoś dnia odsłonią mi one jakąś wielką tajemnicę. I stało się tak. Nagle pojawiła się ta jedyna, najcudowniejsza, wyraźnie gdzieś zmierzająca, nie tak jak inne; ona szła. Nie mogłem nie pójść za nią! Byłem jednym z kilku prostych wieśniaków, pasterzy owiec, którzy świadczyli o widzeniu aniołów, o wielkim niebieskim chórze, o proroctwach zapowiadających przyjście Mesjasza. Z biciem serca wchodziłem do tej skalnej groty naprędce przystosowanej do zamieszkania.
      Trudno jest się przyznać do oczekiwań, które nosiłem w sercu od wielu lat. Oczekiwań wobec nowego Króla, który miał być potężny i tą potęgą miał uwolnić nasz naród, odbudować królestwo. Króla, który miał wszystko zmienić. Ślepe oczekiwania... Moje wyobrażenia dyktowały mi obrazy, które spodziewałem się zobaczyć. Moje własne ograniczenie, tępe i ślepe, zamknięte na Niepojętość. Dlatego, gdy już zobaczyłem to co inni, tak trudno mi było pojąć i uwierzyć: Jakże to! To małe dziecię jest Synem Bożym?! Mesjaszem potężnym?! Wyzwolicielem? Odszedłem z niepokojem w sercu, bo moje zbuntowane serce zobaczyło pokłon trzech króli. Bezradny wobec tajemnicy Dziecięcia, którego narodzinom towarzyszyły tak wielkie i niepojęte znaki, zamknąłem się w swoim zawiedzeniu i dalej oczekiwałem...
      Byłem rozczarowany, lecz nie na tyle, żeby jak ostatni głupiec o tym zapomnieć. Krążyłem w pobliżu tej Rodziny, wokół Dziecięcia. Patrzyłem na Jego wzrastanie, przedziwnie wzrastając wraz z Nim. I cóż widziałem? Normalne dzieciństwo chłopca, zabawy, psoty, ale i mądrość w spojrzeniu i w mowie, w której przebijała się tajemnica.
      Później straciłem Go z oczu na kilka długich lat, słyszałem, że po śmierci swojego ojca sam zajął się utrzymaniem swojej Matki i siebie. Nikt już nie rozprawiał o tamtej nocy i nikt już nie pamiętał tamtej gwiazdy. Spoglądaliśmy wszyscy na ziemię, zwróciliśmy ku niej nasze głowy pod ciężarem trosk i codziennych kłopotów. My wszyscy! Pasterze spoglądali na owce, raz po raz wykłócając się o posiadane przez nich stada, rybacy zajęli się rybami, kapłani składaniem ofiar i przestrzeganiem nakazów Prawa. Nikt już nie miał ochoty spojrzeć do góry, widzieliśmy tylko zwyczajną codzienność, a przecież Nadzwyczajność była pośród nas...
      Nagle pojawił się powtórnie. Ten chłopiec, którego straciłem z oczu na tyle lat, stał się dojrzałym mężczyzną, mocnym wiarą, słowem, łaską Najwyższego. Słowa Jego odsłaniały wszystko to co najgłębsze i najskrytsze w naszych sercach. Bardzo bolały! Jakże bardzo bolały! Stawanie w prawdzie nie było łatwe.
      Najpierw spotkał się z nieufnością, szczególnie ze strony faryzeuszy i saduceuszy. Prosty lud lgnął do Niego, bo był ich pocieszycielem. Tłumy zbierające się wokół Niego rosły z dnia na dzień. Każdy chciał Go zobaczyć, dotknąć, wielu chciało być uzdrowionymi. Byli też tacy, którzy szli za Nim i słuchali Go. Nazywano ich uczniami. Dołączyłem do nich, ale bardziej z ciekawości niż z wiary. Nie pozostawiłem swoich zajęć i obowiązków, nie sprzedałem mienia. Byłem zabezpieczony. Jednak Jego słowo pulsowało zaciekle w uszach, dochodząc do serca. To słowo wydawało się przybliżać wieczność. A może po prostu było wiecznością? Przecież na początku było Słowo...
      Włączyłem się w tę wspólnotę, ponieważ On mnie porwał. Porwał mnie swoim słowem, które było jak niczym nie zmącone jezioro o poranku, jeszcze śpiące, ale już powoli budzące się do życia. Wieczność, przez którą przebijała się przeszłość, teraźniejszość i nadzieja na przyszłość. Jego słowo... Dzięki Niemu niewidomi odzyskiwali wzrok, głusi słuch, chromi chodzili, trędowaci doznawali oczyszczenia, a umarli powstawali do życia. Moc wychodziła z Niego. Nie opuszczał potrzebujących, biednych i grzesznych, którym zabrakło odwagi czy też sił, by wyrwać się z macek grzechu, by porzucić zniewalającą chęć posiadania jak najwięcej, porzucić przyjemności i namiętności tego świata. On karmił ludzi, dawał im chleb.
      I poszły za Nim rzesze. Chcieliśmy mieć takiego króla, króla mocnego, który będzie uzdrawiał, karmił i zapewniał nam szczęśliwą przyszłość. Lecz On zaczął uciekać od naszych wyobrażeń. Nie chciał być takim królem...
      Mówił jednak dalej i walczył o nas, a z czasem Jego nauka stała się trudna do zrozumienia, Domagał się, byśmy opuścili wszystko. Byśmy mieli w nienawiści swego ojca i matkę, żonę i dzieci, swych braci i siostry, nadto i siebie samego. Mówił, że aby być Jego uczniem, trzeba wziąć na swoje barki krzyż. Aby posiąść życie wieczne, trzeba spożywać Jego Ciało i pić Jego Krew, bo Ciało Jego jest prawdziwym pokarmem, a Krew prawdziwym napojem... Trudna to była mowa. Któż jej mógł słuchać? Odtąd wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło... Byłem wśród nich...
      Byłem rozczarowany. Wyrzucałem Mu, że potrafi tylko w człowieku wzbudzać nadzieję, łudzić go próżnymi marzeniami. W końcu mój żal zalał całe serce i wypłynął w przekonaniu, że On nie był tym, na którego cały nasz naród oczekiwał. Później słyszałem o wielu znakach i cudach uczynionych przez Niego, ale już w to nie wierzyłem.
      Kolejny raz zobaczyłem Go dopiero, gdy wjeżdżał na osiołku do Jerozolimy witany przez tłumy wołające: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie; oraz: Król izraelski! Trudno mi było w to uwierzyć... Ci ludzie ogłaszali Go królem!
      Wkrótce jednak okazało się, że ci sami ludzie krzyczeli zupełnie coś innego... Krew Jego na nas i na dzieci nasze! Byłem w tym rozszalałym tłumie. Po jakimś czasie odprowadziłem Go wzrokiem na Golgotę. Niósł krzyż, do którego miano Go przybić. Był fałszywym prorokiem... Podburzał lud, uważał się za Syna Bożego... I skazali Go...
      Rozum podpowiadał mi, że to był słuszny wyrok, serce jednak z coraz większym bólem krzyczało coś zgoła przeciwnego. Zaczynałem pojmować.
      Co Uczyniłem dla Niego? Nie zrobiłem nic. Odszedłem, kiedy głosił swoją naukę dla nas. Poszedłem zobaczyć Go wiszącego na krzyżu wśród złoczyńców. Korona z cierni wbita w głowę, strużki krwi spływały na oczy, zmasakrowana twarz wykrzywiona przez ogromny ból. Nie podchodziłem blisko. Było wielu i urągali Mu...Pod ociekającym krwią krzyżem stali jakaś kobieta i mężczyzna, chyba Jego Matka i jeden z uczniów.
      Od godziny szóstej, mrok ogarnął całą ziemię, aż do godziny dziewiątej. Po jakimś czasie Jezus zawołał donośnym głosem: "Eli, Eli, lema sabachthani?"
      Płakałem. Słowa Jego były pełne bólu i rozdzierały moje serce. A cóż mogła czuć w tym momencie Jego Matka?
      Niektórzy spośród ludzi tam przebywających mówili, że On Eliasza woła... Zaraz też jeden z nich pobiegł i wziąwszy gąbkę, napełnił ją octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić. Lecz ktoś krzyknął: Poczekaj! Zobaczymy, czy przyjdzie Eliasz, aby Go wybawić. A On jeszcze raz zawołał donośnym głosem i skonał... Wtedy ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać...
      Zrozumiałem wtedy...
      Serce zwyciężyło, ale czy nie za późno?. Bałem się, że tak. Stałem i patrzyłem. Jego słowa i nauka, którą słyszałem wcześniej, stawały się dla mnie jasne i rodziły pytanie: Co mogę uczynić dla Niego? Co mogę uczynić teraz dla Niego? Co?
      Mogę powtórnie przyłączyć się do Jego uczniów i razem z nimi podąć trud głoszenia na całym świecie tego, czego byłem świadkiem, tego, co przeżyłem. Mogę nieść miłość tam, gdzie panuje nienawiść; prawdę tam, gdzie panuje fałsz; wiarę tam, gdzie panuje zwątpienie... Mogę nieść nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz i światło tam, gdzie panują ciemności. Mogę dać świadectwo mojej wiary w Jezusa Chrystusa, Syna Boga Najwyższego.
Janek
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
  • Rodzina - ks. Andrzej Zwoliński
  • Spotkanie w Betlejem - Mariusz Gajewski SJ
  • PSJ XII/2003
    skocz do numeru:
    fot. M. Pióro
    © Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
    Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.