Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr styczeń 2004
"Będziesz miał burzliwe życie!"
Z ks. Tadeuszem Obłąkiem SJ, misjonarzem w Japonii, odwiedzającym Polskę z okazji złotego jubileuszu kapłaństwa, rozmawia ks. Jerzy Sermak SJ.
      Ks. Jerzy Sermak SJ: W sierpniu 1953 r. otrzymał Ojciec z rąk Prymasa Tysiąclecia święcenia kapłańskie. Teraz przyjechał Ojciec z dalekiej Japonii, aby w swojej Ojczyźnie, wśród swoich, celebrować złoty jubileusz kapłaństwa. Spójrzmy najpierw na tę historię sprzed 50 lat.
      Ks. Tadeusz Obłąk SJ:
Bardzo dziękuję Ojcu Redaktorowi za piękne powitanie. Najpierw chciałbym przekazać serdeczne pozdrowienia z Japonii dla Wydawnictwa WAM i dla Posłańca Serca Jezusowego, dla wszystkich jego Redaktorów i Czytelników. Cieszę się, że otrzymuję w Japonii Posłańca i że mogę go czytać wraz z innymi rodakami. Korzystamy z jego treści w naszych modlitwach i rozmyślaniach.
      Nawiązując do pytania Ojca, chcę powiedzieć, że święcenia kapłańskie otrzymałem 23 VIII 1953 r. z rąk ks. Prymasa Wyszyńskiego. Było nas 12 neoprezbiterów jezuitów i 21 z archidiecezji warszawskiej. Przypominają mi się słowa księdza Prymasa: Dzisiaj, w tej świątyni zrodziłem was. Tydzień później miałem Mszę świętą prymicyjną w mojej rodzinnej miejscowości, w Borzęcinie. Kościół był mały, więc Msza święta była na zewnątrz. Wiał wtedy silny wiatr. Po Mszy świętej proboszcz, ks. Motyka powiedział mi: Tadziu, będziesz miał burzliwe życie! Jak się później okazało, były to prorocze słowa. Burzliwe życie było najpierw w Polsce, przed wyjazdem do Japonii. Był to czas największego nasilenia walki z Kościołem. Miesiąc po naszych święceniach ksiądz Prymas został aresztowany. Burzliwe były też moje starania o wyjazd do Japonii i życie w tym kraju. Trudności było sporo, ale one nas hartują. Żyję w Japonii już 47 lat, ale nigdy nie narzekałem na swój los i nie żałowałem tego, że przyjechałem do Japonii jako misjonarz.
      Ks. J.S.: Jak zrodziło się Ojca powołanie do pracy misyjnej w Japonii?
      Ks. T.O.:
Od dziecka pragnąłem być księdzem. Pamiętam, gdy jeszcze jako mały ministrant powiedziałem ks. Proboszczowi, że chciałbym zostać księdzem, on mi powiedział: Tadziu, ksiądz to jest wielki człowiek, większy niż prezydent. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, jak wielki jest prezydent. Prawie równocześnie z powołaniem kapłańskim zrodziło się moje powołanie misyjne do Japonii. Już w czasie wojny, kiedy wszystkie nowicjaty były zamknięte, modliłem się, aby zostać misjonarzem w Japonii. Zaraz po wojnie zacząłem szukać jakiegoś zakonu, który miałby misję w Japonii. Mój brat, który już był księdzem, zachęcał mnie, abym wstąpił do Seminarium Tarnowskiego, dlatego, nic nie mówiąc bratu, wstąpiłem do jezuitów. Już w nowicjacie mówiłem przełożonym, że chciałbym pojechać na misje do Japonii. Odpowiadali: Poczekaj, zobaczymy, czy się będziesz nadawał i jak się będziesz sprawował. Kończąc teologię w Warszawie, chciałem już zacząć starania o paszport i wyjazd do Japonii. O. Prowincjał nie miał wielkich nadziei i wręcz odciągał mnie od tego zamiaru. Dzięki mojemu naleganiu, pozwolił jednak rozpocząć starania. Z rozmów w Biurze Paszportowym wnioskowałem, że pracujący tam urzędnicy są mi przychylni. Sprawa utknęła jednak przy staraniu się o wizę japońską. W Polsce nie było wówczas ambasady tego kraju. Trzeba było starać się o wizę w Szwecji. Stamtąd otrzymałem wiadomość, że wyjazd do Japonii, zwłaszcza na stałe, dla obywatela państwa komunistycznego jest niemożliwy. Po rocznym staraniu, zapewniono mnie, że wizę otrzymam. Tymczasem na prośbę o paszport przyszła odpowiedź odmowna ze względu na brak motywów uzasadniających wyjazd. W końcu jednak wszystko udało się załatwić. Droga do Japonii stała dla mnie otworem.
      Ks. J.S.: Czy spotkanie z Krajem Kwitnącej Wiśni było dla Ojca pozytywnym czy negatywnym zaskoczeniem?
      Ks. T.O.:
W Japonii zostałem bardzo serdecznie przyjęty przez tamtejszego prowincjała, a późniejszego generała jezuitów, o. Arrupe. Skierowano mnie do szkoły języka japońskiego. Wraz ze mną kurs języka robiło 33 młodych jezuitów z Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych i z innych krajów. Pamiętam, że Japonia powitała mnie strasznymi upałami. W dzień temperatura przekraczała 35°C, a w nocy 30°C. Przy dużej wilgotności powietrza było to bardzo przykre. Bardzo też dokuczały komary. Spać trzeba było pod specjalną siatką, chroniącą od tych owadów.
      Początki były trudne, ale przecież ja sam chciałem jechać do Japonii, więc nie mogłem mieć żalu do nikogo. Przez 30 lat pracowałem jako profesor na Wydziale Teologicznym jezuickiego uniwersytetu "Sophia" w Tokio. Kiedy teraz biorę udział w różnych spotkaniach księży, to zauważam, że przynajmniej połowa z nich to moi wychowankowie (wśród nich dwóch arcybiskupów i czterech biskupów). Kiedy obecnemu arcybiskupowi Tokio składałem życzenia, on wyznał: W czasie studiów teologicznych nie przykładałem się do prawa kanonicznego. Odpowiedziałem mu: Ekscelencjo, teraz się będziemy uczyć. Kiedy po piętnastu latach przyjechałem do Polski i spotkałem dawnego Prowincjała, ten mi powiedział, że do samego końca nie wierzył, że wyjadę do Japonii.
      Ks. J.S.: Jako jezuita udał się Ojciec do Japonii śladami św. Franciszka Ksawerego. Wiemy jednak, że bardzo trudno jest nawrócić Japończyka. Na czym polega ta trudność?
      Ks. T.O.:
Rzeczywiście, Japonia jest chyba na końcu misji katolickich, gdy chodzi o ilość nawróceń. Do końca wojny Japonia była krajem niezwykle militarystycznym. Przegrana wojna była pierwszą klęską w historii tego kraju. Japończycy mówili wtedy: Po raz pierwszy stopa barbarzyńcy stanęła na świętej ziemi japońskiej. Wtedy bowiem stracili oni zupełnie orientację. Zobaczyli, że to właśnie militaryzm doprowadził ich do tej straszliwej klęski. Uznali więc, że dalej tą drogą iść nie mogą. Co więcej, odczuli straszną pustkę ideową. Wówczas misjonarze, którzy jeszcze przed wojną przyjechali do Japonii uznali, że nadszedł czas na masowe nawrócenia. Wołali więc o pomoc z wszystkich krajów katolickich. Po wojnie było mniej więcej 5 tys. nawróceń w ciągu jednego roku i ta liczba stale wzrastała, aż w połowie lat 60. doszła do 15 tys. nawróceń rocznie. Od tego czasu znów liczba nawróceń maleje. Obecnie jest ich mniej niż 5 tys. na rok. Co się stało? Japonia została zniszczona, a potem odbudowana przez Amerykę. Japończycy są bardzo pracowici. Dzisiaj nie wydają na wojsko i na zbrojenia, dlatego nie tylko szybko odbudowali kraj, ale też rozbudowali przemysł do tego stopnia, że Japonia stała się jedną z największych potęg przemysłowych na świecie. To niestety spowodowało zmianę mentalności Japończyków. Nie potrzebowali już religii uważając, że ona może być dobra dla ludzi słabych, ale nie dla silnego Japończyka, który sam sobie poradzi.
      Japonia ma tradycję 2 tys. lat, ukierunkowaną na kult cesarza. To jest tzw. shintoizm. Jest to nie tyle religia, ile raczej kult Japonii jako takiej. On rozwijał się przez wieki. Ponadto Japonia była zupełnie odgrodzona od reszty świata i nawet gdy w VII w. wtargnął do Japonii buddyzm, to Japończycy i tak kultywowali swoją kulturę, zupełnie inną od chrześcijańskiej. Nie znają oni prawa miłości, wobec tego żyją według zasady: Co moje to moje i ty nie masz nic do tego. Bardzo trudno też im przyjąć zasadę przebaczenia. Obrażony Japończyk nie zapomni swojej krzywdy, aż jej nie wyrówna. Kiedy Japonia stała się potęgą przemysłową, na pierwsze miejsce wysunął się pieniądz i on jest dziś najważniejszy. Na drugim miejscu jest maszyna, a dopiero gdzieś w dalszej kolejności człowiek. Za kradzież pieniędzy można być zasądzonym na karę o wiele wyższą niż za zamordowanie człowieka.
      Japonia jest bardzo piękna: góry, morze, wyspy. Kto nie słyszał o wiśniach japońskich, które kwitną tak pięknie, że tego nie da się wyrazić słowami? Kwitną na przełomie marca i kwietnia, mniej więcej przez tydzień. Japońskie wiśnie tylko kwitną, owoców nie mają. Albo wulkaniczna góra Fuji, która wznosi się na wysokość 3776 m. Z daleka wygląda, jakby miała nałożoną śnieżną, białą koronę. Ta góra jest niejako symbolem duszy japońskiej, wyrażając jej piękno i delikatność. Japonia jest też krajem wulkanów, trzęsień ziemi i tajfunów. To sprawia, że Japończyk jest zahartowany, nie zraża się i nie poddaje się różnym kataklizmom. Tak więc z jednej strony jest delikatny, a z drugiej strony zahartowany. Wydaje mu się, że sam sobie wystarczy. I to jest przyczyną, że ci ludzie są tak mało podatni na przyjęcie wiary.
      Etyka małżeńska jest dla nich zbyt wymagająca. Rozwodów w Japonii jest bardzo dużo i stosunkowo łatwo można je otrzymać. Często rodzice zabraniają dzieciom przyjąć chrzest argumentując, że wtedy nie znajdą męża czy żony, bo przecież trzeba się liczyć z możliwością rozwodu, na co Kościół nie zezwala. Ponadto Japończycy przyzwyczajeni są do życia w grupie. Kiedy więc ktoś przyjmie chrzest, to się kryje z tym, żeby się nie narażać na kpiny znajomych. A to jest dla Japończyka nie do zniesienia. Trzeba jednak powiedzieć, że w szkołach katolickich do wielu serc zostaje wrzucone ziarno ewangelizacji, które następnie kiełkuje i rośnie. Zdarza się, że wydaje owoc wiary dopiero po wielu latach.
      Ks. J.S.: Przy tych trudnościach, o jakich mówi Ojciec, musi być jakimś niezwykłym fenomenem to, że po papieskiej pielgrzymce było w Japonii dość sporo nawróceń.
      Ks. T.O.:
Przyjazd Ojca Świętego był naprawdę dla Japonii Dniem nawiedzenia Pańskiego. Japonia przyjęła Jana Pawła II bardzo życzliwie. Papież po prostu urzekł Japończyków, zwłaszcza przemówieniami po japońsku i Apelem o pokój, wygłoszonym w Hiroszimie i w Nagasaki. Rzeczywiście, było więcej nawróceń, ale to było chwilowe i szybko minęło.
      Ks. J.S.: Od przeszło dwudziestu lat zauważamy w Europie wielkie zainteresowanie duchowością Wschodu. W czym Ojciec upatruje tajemnicę tej fascynacji?
      Ks. T.O.:
Z tego, co ja wiem, to zainteresowanie buddyzmem, a zwłaszcza sektą Za-Zen większe jest w Europie, zwłaszcza w Niemczech, niż w samej Japonii. Tam naprawdę zainteresowanych medytacjami buddyjskimi jest bardzo niewielu. Niektórzy kapłani próbują te formy medytacji przeszczepiać na grunt chrześcijański, ale skutki są bardzo mierne.
      Trzeba powiedzieć, że religijność Japończyków jest słaba. Praktykują głównie dwie religie: buddyzm i shintoizm. Shintoizm jest bardziej kultem Japonii, a buddyzm religią. Japończykom jest jednak to obojętne, czy są buddystami czy shintoistami. Często małżeństwo zawierają oni w świątyni shintoistycznej, ale jak ktoś w rodzinie umrze, to pogrzeb odprawiają w świątyni buddyjskiej. Religijne obowiązki wypełniają zwykle tylko raz do roku. Na Nowy Rok odwiedzają świątynię. Do wielkiej skarbony wrzucą pieniążek, potem staną, klasną w ręce, przez chwilę pomedytują, po czym znów klasną w ręce, ukłonią się i wychodzą. Ponadto Japończycy nie znają pojęcia Boga osobowego. Dla nich bogiem może być jakiś okazały, wielki kamień, góra czy drzewo. Wszyscy zmarli przechodzą do swoistego panteonu. Japończycy wierzą w życie pozagrobowe, ale uważają, że duchy zmarłych przebywają w ich grobowcach. W połowie sierpnia obchodzą święto w rodzaju naszych Zaduszek. Wierzą, że wtedy duchy zmarłych odwiedzają swoje rodziny. Żywi członkowie rodzin zbierają się i rozmawiają o swoich zmarłych. Muszą jednak bardzo uważać, aby jakimś negatywnym sądem ich nie obrazić, bo by się potem mścili. Nic jednak nie mówią o tym, co się dzieje z duszami zmarłych. Dlatego nasza wiara w życie pozagrobowe niewiele im mówi.
      Japończycy - poganie, zwłaszcza ci, którzy studiowali w szkołach katolickich, dosyć często proszą o ślub w Kościele katolickim. Biskupi zgodzili się na to, twierdząc że jest to tzw. preewangelizacja. Stolica Apostolska zabroniła jednak tego typu ceremonii w innych krajach. Dzisiaj w Japonii można pozwalać na ślub w Kościele katolickim pod warunkiem, że będzie to prawdziwe małżeństwo, czyli nierozerwalne. Ponadto żaden z partnerów nie może być rozwiedzionym. Należy też udzielić biorącym ślub instrukcji na temat małżeństwa i rodziny w Kościele katolickim. W naszej kaplicy uniwersyteckiej w Tokio mamy dużo tego rodzaju ślubów.
      Ks. J.S.: Jest Ojciec jedynym polskim jezuitą, który pracuje na misjach w Japonii. Kilku innych próbowało, ale nie dali rady. Dlaczego?
      Ks. T.O.:
To, o co Ojciec pyta, odnosi się nie tylko do Polaków, ale do wszystkich, także do Japończyków. Misjonarz musi być oddany kapłaństwu i pracy misyjnej w Japonii. Trzeba być gotowym na znoszenie najróżniejszych trudności, na jakie napotka misjonarz. Japończycy z zasady nie lubią cudzoziemców. Trudno tego nie odczuć. Ponadto w Polsce ludzie żyją wiarą, a zakonnicy starają się pielęgnować swoje powołanie. W Japonii misjonarz zostaje sam, nikt go nie kontroluje, nikt się nie interesuje jego życiem wewnętrznym. Wolność, prawie nieograniczona, w połączeniu z trudnościami życia w obcej kulturze jest chyba największym zagrożeniem dla misjonarza. Jeśli chce się wytrwać, potrzebna jest przede wszystkim głęboka duchowość oraz świadomość tego, kim się jest i po co jest się w Japonii. Jeżeli ktoś to zaniedba, naraża się na wielkie ryzyko.
      Przyjechałem do Polski ze względu na moją siostrę - staruszkę, która koniecznie chciała cieszyć się moim złotym jubileuszem kapłaństwa. Proboszcz mojej rodzinnej parafii również nalegał na ten przyjazd, traktując tę uroczystość jako "akcję powołaniową". Chciałem też odświeżyć się duchowo, patrząc na głęboką wiarę ludu polskiego, tak bym przy końcu życia mógł powtórzyć za św. Pawłem: Bieg ukończyłem, wiary dochowałem.
      Ks. J.S.: Serdecznie Ojcu dziękuję za rozmowę, a Czytelników Posłańca proszę o modlitwę w intencji Zacnego Jubilata i w intencji misji w Japonii.
      Ks. T.O.:
Bardzo proszę o modlitwę. Dziesięć tysięcy kilometrów, które dzielą Japonię od Polski, wcale przecież nie są przeszkodą dla naszej modlitewnej i duchowej łączności.
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
PSJ I/2004
skocz do numeru:
© Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.