Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr kwiecień 2004
Nawet trąd może być uleczony
Z dr Barbarą Stryjewską, konsultantem medycznym w Narodowym Ośrodku Leczenia Trądu w Stanach Zjednoczonych, mieszczącym się w Baton Rouge, w stanie Luizjana, rozmawia ks. Jerzy Sermak SJ.
Ks. Jerzy Sermak SJ: W języku Biblii trąd był uważany za nieczystość, która wykluczała chorego ze społeczności ludzi zdrowych. To była plaga, którą Bóg zsyłał jako karę na grzeszników. Trąd był więc symbolem sprzeniewierzenia się Bogu, czyli grzechu. Czy z medycznego punktu widzenia znajdziemy jakąś podstawę do tak surowego osądu tej choroby, a przede wszystkim ludzi nią dotkniętych?
Dr Barbara Stryjewska:
Trąd stał się symbolem grzechu i nieczystości przede wszystkim dlatego, że był chorobą przewlekłą. Na trąd można chorować ponad dwadzieścia lat, zanim człowiek umrze. Ludzie chorzy z biegiem czasu tracili najpierw palce, a potem całe kończyny, co sprawiało, że przestawali być samowystarczalni. Byli więc skazani na łaskę innych. Nie mając palców, musieli spożywać pokarmy bezpośrednio z miseczki czy nawet z ziemi, pozbawieni stóp, nie mogli się poruszać. Nie umierali jednak, ponieważ ta choroba nie atakuje serca, płuc czy mózgu. Kalectwo było długotrwałe, a ludzie tym bardziej obawiali się życia, na jakie ich ono skazywało. Uważa się jednak, że nie wszystkie zmiany skórne można było uznać za trąd.

Ks. J.S.: W Biblii trąd jest ukazany jako Boże przekleństwo, jako choroba, która powoduje odrzucenie chorego człowieka od Boga i od ludzi. Czy rzeczywiście była to najstraszliwsza choroba, czy też tak jest traktowana w Biblii tylko symbolicznie?
Dr B.S.:
Powaga trądu polegała na tym, że można się było nim zarazić, a ponadto człowiek dotknięty tą chorobą przestawał być samowystarczalny. Znamy fragment z Ewangelii, gdzie czytamy, jak czterech przyjaciół przyniosło do Jezusa paralityka z prośbą, aby go uzdrowił. Nie bali się tego człowieka, bo choć nie mógł się ruszać, jego choroba nie była zaraźliwa. Natomiast nikt nie pomagał chorym na trąd, a nawet trzymano się od nich z daleka, ponieważ można się było od nich zarazić. To niosło z sobą konsekwencję utraty kończyn i uzależnienia się od innych.

Ks. J.S.: Czy dzisiaj również trąd jest tak straszną chorobą? Czy nadal jest uważany za chorobę nieuleczalną?
Dr B.S.:
Trąd jest chorobą bakteryjną, ale dzisiaj, w XXI wieku, mamy środki umożliwiające całkowite uleczenie z trądu. Leczymy tę chorobę, podobnie jak gruźlicę, antybiotykami, z tym że leczenie może trwać nawet kilka lat. Odrębnym problemem są powikłania, które powodują porażenie nerwów. W ten sposób ludzie tracą władzę w rękach albo dostają przykurczu palców, co nie zawsze można operacyjnie usprawnić. Trąd jednak nie jest już uznawany za chorobę nieuleczalną.

Ks. J.S.: Biblijni trędowaci musieli trzymać się z dala od osiedli ludzkich, by swą nieczystością nie zarazić ludzi zdrowych. W jaki sposób można się zarazić trądem?
Dr B.S.:
W tamtych czasach podstawową racją izolacji chorych było to, że w ich ranach mieściła się duża ilość prątków trądu i gdy krwawili lub mieli zmiany ropne, to z każdej rany wydzielała się ogromna liczba bakterii. Ludzie uważali, że zarażają się przez dotknięcie trędowatego, podczas gdy zarażali się przez kontakt z prątkami, które były w glebie. Dzisiaj wiemy, że trądem można się zarazić, wdychając pył ziemny, piasek czy kurz, w których są prątki. Kontakt z bakterią trądu zaraża tylko w trzech procentach przypadków. Leczenie trwa kilka lat, bo dopiero po takim czasie udaje się zupełnie wyjałowić ciało z prątków, które mogą przebywać w stanie uśpienia. Trąd jest zakaźną chorobą, ale ma niski procent zaraźliwości.

Ks. J.S.: Podobno żyje dziś na świecie około 3 milionów trędowatych. To duża rzesza. Gdzie dzisiaj najczęściej występuje ta choroba?
Dr B.S.:
70% trędowatych żyje w Indiach. Następnym wielkim skupiskiem, gdzie występuje trąd, jest Brazylia, a następnie Birma. Małe skupiska trądu występują na wyspach Pacyfiku koło Nowej Zelandii, na amerykańskiej wyspie Samoa, na Madagaskarze i w Afryce Centralnej.

Ks. J.S.: Dlaczego np. w Indiach jest tak dużo chorych na trąd?
Dr B.S.:
Jest to związane głównie z przeludnieniem i z niską stopą życiową, a co za tym idzie, z niedożywieniem tamtejszej ludności. Każdy człowiek ma swoją indywidualną odporność organizmu, tzw. odporność komórkową. Im lepsze odżywienie, tym odporność komórkowa jest wyższa. Trąd w dawnych czasach, to jest od XIII do XVIII wieku, był chorobą, która zawojowała Europę, ale która całkowicie wygasła w XIX wieku, zanim jeszcze wprowadzono leczenie, prawdopodobnie na skutek izolacji chorych i podniesienia stopy życiowej. Zdarzają się dzisiaj jedynie pojedyncze przypadki trądu w Hiszpanii, Rumunii i Portugalii.

Ks. J.S.: O. Beyzym założył szpital i troszczył się o trędowatych na Madagaskarze. Dzisiaj polski werbista o. Żelazko służy trędowatym w Indiach. Są to kraje ubogie, kraje trzeciego świata. Natomiast Pani zajmuje się chorymi na trąd w Stanach Zjednoczonych. Czyżby i w tym najbogatszym kraju świata byli dzisiaj trędowaci?
Dr B.S.:
80% nowych przypadków zachorowania na trąd w Stanach Zjednoczonych dotyczy imigrantów. Większość z nich przybywa z krajów Południowej Ameryki, z Filipin, z Chin, z Indii czy z Pakistanu. 20% przypadków trądu znajduje się w Luizjanie, Teksasie i na Florydzie. Nie wiemy, jak ci pacjenci zarażają się trądem. Prawdopodobnie pałeczki trądu mieszczą się w ziemi i jest podejrzenie, że ludzie zarażają się przez kontakt z pancernikami. Są to nocne, żyjące dziko ssaki, które mają właściwie tylko jednego wroga - człowieka. Ludzie biedni zakładają pułapki na pancerniki i zjadają je. W ten sposób się zarażają. Mam jednak pacjentów, którzy widzieli pancernika tylko z daleka, a jednak się zarazili. Pracując w ogrodzie, prawdopodobnie stykali się z odchodami tych zwierząt i tak się zarazili. Dla zarażonego człowieka wiadomość o tym, że jest chory na trąd, jest szokiem. Ludzie nie przyznają się do tego. Najczęściej mówią, że mają chorobę skóry, że leczą się u dermatologa, ale nikt nie chce przyjąć tego, że jest chory na trąd.

Ks. J.S.: Można więc powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych trąd jest "chorobą z importu". Widocznie przez dłuższy czas rozwija się w organizmie człowieka, który nie jest tego świadomy.
Dr B.S.:
Jest to związane z długim czasem podziału bakterii. Jedna bakteria dzieli się na dwie w ciągu dwóch tygodni. Jest to najdłużej dzieląca się bakteria spośród wszystkich patogenów ludzkich. Choroba ujawnia się dopiero po 2-5 latach od chwili zarażenia. Znane są przypadki, że choroba ujawniła się po dwudziestu, a nawet po trzydziestu latach. Mamy pacjentów z Indii, którzy są już w Stanach Zjednoczonych od 10 lat i właściwie nie wiemy, czy przyjechali zarażeni tą chorobą, czy też zarazili się, odwiedzając swój ojczysty kraj. Przyjeżdżają potem nawet z odległych od Luizjany stanów, bo obawiają się, że tam, gdzie żyją, ktoś może ich rozpoznać i dowiedzieć się, że są chorzy na trąd. W ten sposób zostaliby społecznie odizolowani. To dotyczy zwłaszcza ludzi z krajów Dalekiego Wschodu, z Indii i Pakistanu.

Ks. J.S.: Czy świadomość zarażenia trądem wpływa na psychikę chorych? Czy nie czują się jak ci biblijni trędowaci, odrzuceni, izolowani, zamknięci na swoje otoczenie?
Dr B.S.:
Większość moich pacjentów, nawet tych imigrantów z Indii, to są ludzie wykształceni, którzy czytają o trądzie i wiedzą, że można tę chorobę wyleczyć. Jest jednak w nich jakaś niepewność i lęk, czy nie będzie jakichś pozostałości albo powikłań. Czasami wskutek choroby dochodzi do porażenia nerwów i w związku z tym do przykurczu zwłaszcza czwartego i piątego palca ręki. To jest tak charakterystyczne, że jeśli ktoś, kto zetknął się z trądem, to zauważy, będzie wiedział, że dana osoba jest tą chorobą dotknięta. Niekiedy też następuje zanik mięśni w pobliżu kciuka i wtedy po wyleczeniu wszczepiamy pacjentom podskórne protezy, żeby nie było zauważalne charakterystyczne dla trądu wgłębienie w obrębie dłoni. Dla otoczenia to też byłoby znakiem, że ktoś był chory na trąd.

Ks. J.S.: W jaki sposób można pomóc chorym na trąd?
Dr B.S.:
Leczenie trądu na całym świecie jest prowadzone pod auspicjami WHO. Jest to organizacja międzynarodowa, która ma na celu wyeliminowanie trądu. Planowano ten cel osiągnąć w roku 2000. Okazuje się, że wciąż mamy na świecie około 400 tysięcy nowych zachorowań. Projekt więc został przedłużony do roku 2005. Leczenie we wszystkich krajach jest darmowe. Antybiotyki są darowane przez firmy farmaceutyczne. Bardzo często w ubogich wioskach trzeciego świata pacjenci otrzymują zapas antybiotyków na sześć miesięcy. Nie wiemy jednak, czy oni te leki biorą, czy nie. Jednak zostają już skreśleni z listy pacjentów WHO i dlatego te statystyki nie są kompletne. My obserwujemy naszych pacjentów jeszcze przez 10 lat po wyleczeniu, czy nie występują jakieś powikłania bądź komplikacje.

Ks. J.S.: Słyszy się, że AIDS jest trądem XX wieku. Skąd ta próba utożsamiania tych dwóch, różnych przecież chorób?
Dr B.S.:
AIDS jest chorobą wirusową, a trąd jest chorobą bakteryjną. AIDS można się zarazić przez kontakt seksualny lub przez transfuzję krwi. Trądem prawdopodobnie zaraża się drogą kropelkową. Trąd można wyleczyć zupełnie, podczas gdy AIDS jest chorobą nieuleczalną. Wirusa HIV możemy jedynie osłabić i opóźnić jego działanie w organizmie. Wydaje się, że porównanie tych dwóch chorób jest jedynie symboliczne i sięga czasów, kiedy trąd był nieuleczalny, tak jak dzisiaj AIDS.

Ks. J.S.: Proszę nam jeszcze powiedzieć coś o sobie. Na czym polega Pani praca i zaangażowanie się w leczenie trądu?
Dr B.S.:
Pracuję w Narodowym Ośrodku Leczenia Trądu w Stanach Zjednoczonych, który mieści się w Luizjanie. Szpital dla trędowatych został tam założony ponad sto lat temu, w miejscowości Carville. W tym czasie było to również miejsce odosobnienia. Wiedziano, że trąd był chorobą zakaźną, gdyż dr Hansen odkrył prątek trądu, ale nie wiedziano, jak chorobę leczyć. Rektor szkoły medycznej w Nowym Orleanie postanowił poprawić los trędowatych, których w tej miejscowości było około 30 i poszukiwał miejsca, żeby wykupić dla nich dom. W Nowym Orleanie nikt nie chciał sprzedać na ten cel swojej posiadłości. Wtedy, przy wsparciu przyjaciół, kupiono opustoszałą plantację, leżącą nad rzeką Missisipi, odległą 80 km od Nowego Orleanu, a okolicznym mieszkańcom powiedziano, że będzie tam farma strusi. Teren ten został ogrodzony i sto lat temu pierwszych siedmiu pacjentów przewieziono na barce, w ukryciu, pod osłoną nocy. Nad ranem wysadzono pacjentów na brzeg, a barkę spalono. Dwa lata później zostały przyjęte do opieki nad pacjentami siostry szarytki. W latach trzydziestych minionego stulecia żyło w tym ośrodku 800 pacjentów. W wybudowanych dla nich domach mieli oni jednoosobowe pokoje, a w szpitalu oprócz sali operacyjnej było miejsce dla 75 chorych. W latach czterdziestych po raz pierwszy zastosowano antybiotyk Dapson i wtedy też odnotowuje się pierwsze przypadki wyleczenia trądu. W latach siedemdziesiątych wprowadzono nowe leki, a między innymi Talidomid do leczenia tak zwanych reakcji trądowych. Ten lek stosujemy do dnia dzisiejszego. Nasz szpital jest przede wszystkim ośrodkiem konsultacyjnym dla klinik w całych Stanach Zjednoczonych. Prowadzimy również rehabilitację pacjentów, u których pozostały zniekształcenia palców u rąk czy nóg, albo którym trzeba było amputować kończyny.

Ks. J.S.: Bardzo dziękuję za rozmowę. Dodam tylko, że przy Bazylice Serca Jezusa w Krakowie działa Towarzystwo Przyjaciół Trędowatych im. ojca Jana Beyzyma, które wspiera modlitwą i ofiarą dzieła pomocy ludziom trędowatym na świecie. Pytania na temat członkostwa można kierować na adres: Zaskale 1, 30-250 Kraków.
Jerzy Sermak SJ
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
PSJ IV/2004
skocz do numeru:
© Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.