Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr maj 2004
"Labirynty" Mariana Kołodzieja
"Labirynty" (a właściwie "Klisze Pamięci. Labirynty", bo tak brzmi pełna ich nazwa), prezentowane na ekspozycji stałej we franciszkańskim Sanktuarium św. Maksymiliana Marii Kolbego w Oświęcimiu - Harmężach, mam szczęście oglądać, mając za przewodników twórcę obrazów, Mariana Kołodzieja i jego żonę, aktorkę Teatru "Wybrzeże", Halinę Słojewską-Kołodziej.

Zobaczywszy tę wystawę, chce się o niej opowiadać wszystkim wokoło, chce się o niej krzyczeć, pokazać ją tym, którzy jej jeszcze nie widzieli. Bo oto ktoś - nareszcie - spomiędzy drobnostek i półprawd, które zapełniają naszą codzienność, wydobył prawdę ważną, ponadczasową. To nie są obrazy o Auschwitz. One są - poprzez Auschwitz - pochodem milionów niewinnie skrzywdzonych na całym świecie i we wszystkich czasach. To także opowieść o ciemnej stronie ludzkiej natury, dążącej do wykorzystania drugiego. To w końcu portret niezłomnej jednostki, która mocą dobra zwyciężyła zło. Te obrazy, zanim zostały narysowane na papierze, istniały w głowie ich autora przez wiele lat. Snują się w umysłach tych, którzy nie godzą się na świat taki, jakim on jest, a także tych, którzy doznali krzywd z rąk drugiego człowieka. Marian Kołodziej przeszedł całą obozową gehennę. Nie ma w nim nienawiści. Ma on natomiast poczucie, że lekcja Auschwitz przepadła.

Bożena Grzebień: Wchodząc w świat "Labiryntów", zostajemy osaczeni przez drapieżne bestie, skrzydlate smoki; potwory o dziesiątkach ostrych kłów, które czają się w mroku gotowe do skoku. Są ich setki, tysiące. Rozwarte paszcze, bezlitosne oczy, kły, pazury... Są jeźdźcy Apokalipsy, jest Wszetecznica. I jest cytat ze św. Jana: Potem ujrzałem: oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków.

Halina Słojewska-Kołodziej: To jest jak Sąd Ostateczny.

Marian Kołodziej: Tutaj jest tylko piekło. Niebo pozostaje na zewnątrz; tu zaś jest piekło obozowego istnienia. W tym piekle rzeczywistość miesza się z wytworem wyobraźni. Te obrazy przedstawiające Apokalipsę są także moją polemiką z Dűrerem. On ma przepiękne grafiki Apokalipsy, tylko przez tę wspaniałą estetykę, przez ich piękno, nie ma w nich grozy.

B.G.: Pan w swoich pracach połączył sztukę z przeżyciem. Oto jeden z obrazów: Na rozpiętym drucie kolczastym, jak na cyrkowej linie, balansuje dziecko. Popycha przed sobą taczki; na taczkach koń bujany. Z kłębów dymu wyłania się Anioł chroniący chłopca... W Auschwitz znalazł się Pan jako "chłopak z dobrego domu", jak sam Pan określa swój dom rodzinny, trafił Pan wprost do piekła, jakie człowiek zdolny był wymyślić dla drugiego. Jakie było to obozowe dojrzewanie?

M.K.: Pierwszy okres był szalenie trudny. Czy człowiek był na tyle przygotowany psychicznie, żeby się nie załamać? Tylu ludzi poszło na druty... A dojrzewanie? Dam jeden przykład - słynne "esperanto" krematoryjne. Nikt się do człowieka nie zwracał inaczej jak przekleństwami: "ty psie", "ty świnio" - te były najbardziej łagodne. Do tych wszystkich przekleństw dochodziły jeszcze międzynarodowe przezwiska. Człowiek był przez to upodlony.

H.S.K.: Kołodziej trafił do Auschwitz już z pierwszym transportem. Numer obozowy: 432. Przed wojną działał w harcerstwie. Po klęsce wrześniowej chciał razem z kolegami przedostać się do Francji, do Sikorskiego i walczyć. Skończyło się w więzieniu na Montelupich w Krakowie. Dzień przed przerzuceniem za granicę Gestapo zgarnęło całą grupę z punktu zbornego przy Garbarskiej.

B.G.: Jak Pan przetrwał piekło Auschwitz?

M.K.: Zacznę od więzienia tarnowskiego. Dawano nam tam do jedzenia końskie mięso. W moim rodzinnym domu nigdy nie jadło się końskiego mięsa. Polska tradycja na to nie pozwalała. Nie jadłem go więc; mimo głodu. Potem w obozie na pierwszą wigilię dali nam po trzy ziemniaki w łupinach. Ja nigdy ziemniaków tak nie jadałem, obierałem więc, a niektórzy po te łupiny wyciągali ręce, zjadali je. Powiedziałem sobie wtedy, że jeżeli dojdzie do tego, że zjem te łupiny, że nie potrafię się opanować, to będzie znaczyło, że już nad sobą nie panuję. Trzeba było wyznaczyć sobie jakąś granicę.
To była także kwestia perspektywy. Zawsze lubiłem rysować. Chciałem być malarzem. Rodzice tego nie chcieli, bo przed wojną to nie był przyzwoity zawód. Przeglądałem mnóstwo albumów z reprodukcjami malarstwa. Miałem na tyle bogatą wyobraźnię, że w obozie, w tym koszmarze stwarzałem sobie własne światy. Człowiek prosty był bezradny wobec tych warunków, ja ich jakby nie przyjmowałem.

H.S.K.: To cud, że on przeżył. Działał w Auschwitz w ruchu oporu. Przerysowywał plany fabryk zwożonych tam zza linii Renu. Został przyłapany. Sprawa była oczywista, bo rysunki odbiły się na lipowej desce, której używał jako podkładki. Niemcy zabrali go na śledztwo do Opola.

M.K.: To uratowało mnie od głodowej śmierci. Gdybym cały czas przebywał w Auschwitz o jednej kromce chleba i misce zupy na dzień... Pobyt w więzieniu, mimo potworności śledztwa, zapewniał dach nad głową i regularne jedzenie trzy razy dziennie! Był "urlopem" kilkumiesięcznym od pracy ponad siły. Ratował życie.

H.S.K.: Oczywiście skazano go na śmierć. Wyrok miał być wykonany w Oświęcimiu. Przewieziono go znów do obozu i osadzono w bloku 11, w bloku śmierci. Jeden z kolegów, Tadeusz Szymański, któremu Kołodziej pomógł kiedyś w chwili załamania, doradził mu, by się próbował dostać do transportu ewakuacyjnego - to był już czas rozpoczęcia ewakuacji obozu. Udało się. Pod koniec wojny przeszedł jeszcze w sumie przez 6 obozów, by 6 V 1945 r. doczekać oswobodzenia przez Amerykanów w Ebensee. Ważył wtedy 36 kilo.

B.G.: Wymykał się Pan zatem śmierci, której oddech czuł Pan zapewne na swoich plecach. W "Labiryntach" śmierć jest wszechobecna. Nigdzie się nie ukrywa, nie wstydzi się swej brzydoty. Na tym obrazie, na przykład, siedzi wraz z więźniem 432 za pan brat nad brzegiem stawu, tu w Harmężach. W czarnej tafli wody odbijają się zadumane postacie.

M.K.: Pracowałem przy oczyszczaniu stawów w Harmężach. Dwie zimy po kolana w wodzie. Tu naprawdę byłem bliski śmierci. Któregoś dnia po pracy koledzy przynieśli mnie do obozu. Dwa tygodnie spędziłem w szpitalu bez przytomności.
W tych rysunkach starałem się nie być bogatszym w doświadczenia, które mam obecnie. Jak już kiedyś powiedziałem, piszę list do samego siebie sprzed iluś tam lat. Rysując, starałem się myśleć tylko tym okresem dojrzewania i przetrwania. A śmierć? Obóz to zawsze jest nagromadzenie śmierci. Ona była i wszechobecna, i plugawa zarazem.

B.G.: Człowiek był przedmiotem?

M.K.: Ciało ludzkie było produktem przemysłowym. To było najgorsze. Nic się z człowieka nie mogło zmarnować. Z włosów były koce dla żołnierzy na front wschodni albo buty wojłokowe. Kości mielili dla bydła. Kto miał jakiś tatuaż, to był z tego abażur dla żony jakiegoś esesmana. Tłuszcz się wytapiało, żeby polewać te zwłoki, które się nie chciały palić...

B.G.: Przed nami bardzo osobisty obraz. Oto więzień nr 432 niesie zmarłego. Nie widać tu wysiłku dźwigającego, jest tylko determinacja, jakaś wciąż jeszcze niezniszczona siła ocalenia godności...

M.K.: To jest synteza wielu śmierci...

H.S.K.: Tutaj - Pani Halina wskazuje na towarzyszące obrazowi objaśnienie - Kołodziej napisał porządek, jaki obowiązywał Leichenträgerów, czyli "nosicieli trupów":: napluć na pierś zmarłego, kopiowym ołówkiem napisać jego numer...

M.K.: Numery były tatuowane dopiero od końca 41 roku. Więc gdy ściągano umarłego z pryczy w szpitalu, miało się na niego napluć... Już ta czynność profanowała zwłoki.

B.G.: - Czytam dalszy ciąg instrukcji: wrzucić do skrzyni (4 ciała), zabezpieczyć skrzynię wiekiem, ponieważ krematorium znajduje się za drutami obozu, umożliwić straży przy bramie kontrolę bagnetem przez otwory w skrzyni, czy nie próbuje się przemycić wśród zwłok żywego więźnia poza lager, w pomieszczeniu numer jeden - po otwarciu skrzyni - trupy należy rzucić na stertę zwłok...

H.S.K.: Marian patrzy, a to jest jego najbliższy przyjaciel, Marian Kajdasz. Zobaczyć w takiej sytuacji zwłoki swego przyjaciela...

M.K.: Swojego przyjaciela z ławy szkolnej...

H.S.K.: Właściwie nie mógł nic innego zrobić, tylko wziął te zwłoki na ręce, żeby ich nie rzucać brutalnie na stertę, zaniósł jak dziecko do krematorium; jakby w ostatniej posłudze.

M.K.: Kolegów, którzy obsługiwali piece, prosiłem, by go jakoś... W pierwszym krematorium było tyle zwłok, że sięgały po sufit. Piece nie nadążały palić, więc sterty rosły. Czasem liczba śmierci dochodziła do setek dziennie. To była przecież fabryka śmierci.

B.G.: Mówił Pan o przekleństwach, o wulgarnym języku, który miał upodlić człowieka na równi z biciem. Ale i tu, w tym ponurym miejscu, gościł czasem piękny, literacki język polski.

M.K.: Stało się to za sprawą więzionych artystów. Stefan Jaracz, Tadeusz Kański, Zbyszko Sawan, reżyser Leon Schiller organizowali nam tajne spotkania. Recytowali Mickiewicza, Słowackiego, Norwida. To były chwile wyjątkowe.

H.S.K.: Kołodziej miał też swój udział w przygotowaniu tych spotkań. Zasłaniał okna kocami, żeby było bezpieczniej i ciszej. Organizował "scenę". Kiedy po wojnie ukończył malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, zdecydował, że będzie scenografem.

B.G.: Przez te wszystkie lata pracy scenografa w teatrze nigdy nie odniósł się Pan bezpośrednio do swoich obozowych przeżyć, tę tematykę starał się Pan omijać. Czy to dlatego, że te wspomnienia były zbyt mocne?

M.K.: Te wspomnienia oczywiście miały wpływ. Nie wprost, lecz przez zaprzeczenie tego, co działo się w obozie. Na scenie szukałem przestrzeni; były to przestrzenie wolności otwierające się, uwalniające, nowe. Ale doświadczenia zła są obecne w sztuce od zawsze. Robiąc scenografię do "Bazylissa Teofanu" Micińskiego, szukałem pomocy w sztuce przedromańskiej. I co się okazuje? Mozaiki z Rawenny ukazują człowieka - zwierzę, ludzie się zjadają. Więc nic się nie zmieniło.

H.S.K.: Nie zmienia się i dziś. Brutalne mordy w byłej Jugosławii, wojny domowe, 11 września, Dubrawka...

B.G.: Na kilku obrazach pojawia się waga. W Apokalipsie waga jest symbolem głodu.

M.K.: W Auschwitz właściwie też, choć przede wszystkim ta waga to była nasza sprawiedliwość. To jest upominanie się. Te nasze pajdki chleba - dzienne racje - były dzielone pośpiesznie. Dopiero później my sami je rozważaliśmy, żeby były jednakowe. Ja mam w sobie własną wagę i przed każdym uczynkiem muszę zważyć, w sobie samym, czy tak zrobić, czy inaczej...

B.G.: Na tym rysunku wagę trzyma w dłoniach śmierć. Na jednej szali człowiek gruby, na drugiej prawie szkielet...

M.K.: Na wadze śmierci obaj ważą tyle samo.

-Przechodzimy do drugiej sali "Labiryntów".

B.G.: W tej sali pojawia się więzień nr 16670. Pan był na apelu, na którym o. Maksymilian Kolbe wystąpił z szeregu więźniów?

M.K.: Uciekł jeden więzień. Jeśli ktoś uciekł, to z tego bloku dziesięciu musiało iść na śmierć. Na początku nie zdawaliśmy sobie sprawy ze znaczenia czynu o. Kolbego. Odczuwaliśmy ulgę, że to nie my; że myśmy się jeszcze jakoś uratowali. Potem dopiero dyskutowaliśmy o tym. Ksiądz, który "zrobił" Niepokalanów, Nagasaki, miał przyszłość przed sobą, miał 40 lat... Oddał życie za nieznanego sobie człowieka... Mnie nie byłoby na to stać. Ale ja mogłem być po prostu wyznaczony na śmierć głodową. Dlatego podarowałem swoje prace franciszkanom; bo o. Kolbe był na tym samym apelu, dał życie za drugiego, a tym samym za każdego innego człowieka. I to nas tak dowartościowało, że poczuliśmy się ludźmi, staraliśmy się być lepsi, nie szkodzić drugiemu.

B.G.: Twarz o. Kolbego, choć wynędzniała jak inne obozowe twarze, różni się od nich. Ma swój indywidualny rys, obecny na każdym rysunku, nawet w chwili śmierci.

M.K.: To jest o. Kolbe taki, jakim go zapamiętałem. On tak wyglądał w obozie, w okularach. Gdy został uderzony w twarz, te okulary spadły na ziemię. Kleiliśmy je później plastrami, żeby w ogóle mógł widzieć. Teraz wszyscy rysują go w okularach. Dla mnie święty w okularach to jakby nie święty. Nie wiem dlaczego.
A oto moja spowiedź: Na apelu 28 października 1940 roku musieliśmy biegać dziesiątkami dookoła placu. Cały dzień i noc. Kto upadł, drewniakami natychmiast zostawał zadeptany. Nie wiem, czy w tych 9 tysiącach biegnących i ja nie zadeptałem kogoś...

B.G.: Mottem do "Labiryntów" uczynił Pan słowa Zbigniewa Herberta: Nie ocalałeś po to, aby żyć. Mógł Pan jednak dać świadectwo dopiero po 40 latach...

M.K.: Przyjaciele nałożyli na mnie obowiązek opowiedzenia prawdy. Nie wiem jednak, czy wróciłbym kiedyś do tematu obozu - w każdym razie nie tak bezpośrednio - gdyby nie choroba. Lekarz zalecił mi ćwiczenia sparaliżowanej ręki w ramach rehabilitacji. Ryłem więc te kreski, a one układały się w obozowe wspomnienia.

H.S.K.: Mąż chciał wszystkie te rysunki spalić. Były zbyt osobiste. Ale parę osób je zobaczyło... Mieliśmy wiele wystaw. "Labirynty" powstały w 1995 roku. W Essen prezentowane były w starej kopalni, pośród starych, nieczynnych urządzeń. Niemcom prace się podobały. Chwalili oryginalność, jednak nie mieli żadnych refleksji, że to był obóz w Oświęcimiu, że to Niemcy ponosiły odpowiedzialność...

M.K.: Nawet u nas w Polsce pamięć o Auschwitz umiera. Mówiło się, że nie było u nas rodziny, która nie straciła kogoś w obozie w Oświęcimiu. A jednak ludzie tak szybko zapomnieli. Tyle ludzi nie wie nic o Auschwitz. I dzieje się to teraz, w obliczu tych różnych dziwnych roszczeń. Przecież to tutaj Harmęże i w ogóle Oświęcim są dowodem pierwszych wypędzeń. Niemcy wysiedlili stąd mieszkańców na obszarze 40 km2. Pod budowę tego obozu...

B.G.: "Labirynty" są wystawą jedyną w swoim rodzaju. Nie da się jej zwiedzać jak zwykłej wystawy. Pan sam prosi we wstępie do wydania albumowego, by tych obrazów nie oglądać, ale by je czytać.

M.K.: Ta wystawa nie nadaje się do zwiedzania grupowego. Tu trzeba kontemplacji, w ciszy, w samotności. U franciszkanów są właśnie takie warunki. Ostatnio był tu pewien Niemiec. Cztery godziny spędził w tych podziemiach - sam. Prosił, by nikogo w tym czasie nie wpuszczać.

H.S.K.: Pani z Ameryki przyjeżdżała tu już cztery razy. Jej ojciec był w obozie. Nienawidzi świata przez te swoje przeżycia. Ona przyjeżdża tutaj, żeby zrozumieć...

M.K.: Albo inna kobieta, której mąż zmarł niedawno. Świat się dla niej zawalił. Przychodzi tutaj, mówi, że tu są o wiele większe cierpienia.

B.G.: W swoim życiorysie, który napisał Pan z okazji otrzymania tytułu Honorowego Obywatela Miasta Gdańska w 1997 roku, są takie słowa: Nie mam pięciu garniturów - nie mam ani jednego (ten jest pożyczony), dlatego nie było kieszeni na żadną legitymację - żadnego koloru. W teatrze życia jest Pan obserwatorem. Najważniejsze dla Pana to móc zawsze spojrzeć w swoje odbicie w lustrze.

M.K.: Mam nadzieję, że widzę w nim twarz ocalałego CZŁOWIEKA.

B.G.: Znajduję jeszcze takie zdanie w tym życiorysie: ale mam - szczęśliwie wspaniałą Żonę, MIŁOŚĆ i PRZYJAŹŃ. Myślę, że nie mam prawa dokonywać takich uogólnień, ale mimo wszystko zaryzykuję. Gdyby na tej obozowej wadze złożyć całe zło i cierpienie, jakiego Pan doświadczył, a na drugiej trochę światła z Pana scenografii, prawdy z "Labiryntów" i miłości do Żony, to nie mam wątpliwości, że przeważy MIŁOŚĆ. I POKÓJ. I DOBRO.
Rozmawiała: Bożena Grzebień
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
  • Maryja nas pocieszyła - ks. Zygmunt Kwiatkowski SJ
  • "Labirynty" Mariana Kołodzieja - Rozmawiała: Bożena Grzebień
  • FATIMA - Katarzyna Pytlarz
  • PSJ VI/2004
    skocz do numeru:
    św. Maksymilian Maria Kolbe
    © Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
    Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.