Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr lipiec 2004
Więcej służyć Bogu i ludziom
Z ks. Andrzejem Leśniarą SJ, misjonarzem z Zambii, rozmawia ks. Jerzy Sermak SJ.
Ks. Jerzy Sermak SJ: Od kilku lat pracuje Ojciec jako misjonarz w Zambii. Chciałbym zapytać, jak Ojciec postrzega ten afrykański kraj i kontynent, na którym przyszło Ojcu realizować swoje misyjne powołanie?

Ks. Andrzej Leśniara SJ:
Prawdopodobnie większość Polaków zna Afrykę jedynie z mediów. Te zaś najczęściej mówią o tym, że większość Afrykańczyków zarażonych jest wirusem HIV, że szczepy afrykańskie biją się między sobą i z białymi, a przecież nie mają co jeść. Warto więc chyba powiedzieć słów kilka o historycznych uwarunkowaniach Afryki. Mniej więcej od 500 lat Afryka przeżyła co najmniej cztery najazdy, których konsekwencji doświadcza do dzisiaj.
Pierwszy najazd miał miejsce w czasach niewolnictwa, kiedy to Arabowie, Europejczycy i Amerykanie wywozili nie tylko bogactwa z tego kontynentu, ale i samych Afrykańczyków, aby budowali oni kraje swoich najeźdźców. Dopiero niedawno uświadomiono sobie, że w ten sposób Afryka straciła najcenniejszy skarb, najmocniejszych genetycznie ludzi. Do tej pory ta strata nie została odbudowana. Następne nieszczęście dla Afryki przyszło wraz z kolonializmem. Brytyjczycy, Francuzi, Belgowie, Portugalczycy, Włosi i Niemcy znaleźli się w Afryce przede wszystkim dla swoich interesów. Oni wyznaczali granice państw i linie transportowe. Produkty rolnicze i bogactwa mineralne zostały zrabowane. Wycięto wiele drzew, a wiadomo, że wtedy woda podskórna opada. W ten sposób żyzne kiedyś tereny przemieniły się w pustynię. Trzecim okresem w historii Afryki, niszczącym ten kontynent, był neokolonializm. Państwa afrykańskie odzyskiwały niepodległość. Nie brano jednak pod uwagę mentalności Afrykańczyków i np. bardzo łatwo udzielano pożyczek głowom nowo utworzonych państw, nie mającym pojęcia o demokracji. Większość pieniędzy została przejedzona albo złożona na prywatnych kontach kacyków. To sprawiło, że dziś Afryka jest niesamowicie zadłużona. Neokolonializm przyniósł też nowe technologie i polityczne układy, które zupełnie nie przystawały do mentalności ludzi z Afryki. Czwarty okres, który właściwie trwa obecnie, to globalizacja. Jest ona bardzo mocno odczuwana w handlu, w przepływach finansowych, technologicznych i informatycznych. Widoczna jest też wielka migracja ludzi. Globalizacja polega na tym, że bogatszy korzysta, a biedniejszy traci. Afryka traci przede wszystkim najbardziej wartościowych ludzi, np. lekarzy. Dobry lekarz afrykański bardzo szybko znajduje korzystny kontrakt w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii czy we Francji. To samo dotyczy informatyków i inżynierów.

Ks. J.S.: W związku z tym, jak są widziani przez Afrykańczyków tacy ludzie jak Ojciec, którzy przybywają tam nie po to, aby brać, ale żeby dawać?

Ks. A.L.:
W dużej mierze zależy to od kraju, z jakiego przybywamy. Ja pracuję w Zambii, która stanowi część dawnej Rodezji. Drugim krajem wyodrębnionym z Rodezji jest Zimbabwe. Oba te kraje mają zupełnie odrębną historię. Po odzyskaniu niepodległości Zambia praktycznie wyrzuciła wszystkich misjonarzy, a przynajmniej odebrano im wszystkie szkoły i szpitale. Uważali, że sami sobie poradzą. Szybko jednak przekonali się, że nie jest to takie proste. Ludzie sami uświadomili sobie, że muszą podjąć współpracę z białymi. W Zimbabwe natomiast ówczesny prezydent Mugabe, wykształcony w Wielkiej Brytanii, wiedział, że potrzebuje białych i ich pieniędzy, zwlekał z reformą rolną. Przeprowadzono ją dopiero niedawno, prowokując wielką nienawiść do białych. Dzisiaj Zimbabwe jest krajem głodującym.

Ks. J.S.: Wydaje się, że jest Ojciec nietypowym przykładem powołania misyjnego. Zwykle młody chłopak chce być najpierw księdzem czy zakonnikiem, a potem dopiero, realizując to swoje pierwotne powołanie, dostrzega, że najlepiej mógłby służyć jako misjonarz. U Ojca było odwrotnie, najpierw jako młody chłopak wyjechał Ojciec do Afryki jako świecki misjonarz, a dopiero z tego powołania zrodziło się powołanie kapłańskie i zakonne. Proszę nam opowiedzieć o tej swojej pierwszej, misyjnej przygodzie świeckiego misjonarza.

Ks. A.L.:
Rzeczywiście, tak toczyła się moja droga powołania. Kiedy kończyłem Technikum Elektryczne w Nowym Sączu, wtedy już zrodziła się we mnie chęć wyjazdu do Afryki, żeby tam pomagać ludziom. Wiązało się to z moim wewnętrznym nawróceniem i pragnieniem mówienia Afrykańczykom o Jezusie, którego spotkałem w moim życiu. Uważam za cud to, że w tamtym czasie otrzymałem paszport i wyjechałem do Anglii na kurs misyjny, a po nim znalazłem się w Tanzanii. Pracowałem tam przez trzy lata, przede wszystkim w szpitalach misyjnych i przy ujęciach wodnych. Ideą zaangażowania misyjnego była nie tylko sama praca, ale także wykształcenie jednego Tanzańczyka, który mógłby przejąć moją pracę. To mi się udało, mój uczeń nazywa się Damas i kontynuuje dzisiaj pracę, którą ja zapoczątkowałem w jego kraju. Po trzech latach przyjechałem do Polski. Ówczesnym władzom polskim nie podobało się to, że wałęsałem się po świecie, zamiast tutaj budować socjalizm. Zaproszono mnie więc do spędzenia dwóch lat w wojsku. Po odbyciu służby wojskowej zamierzałem wrócić do Tanzanii. Postanowiłem jednak przed wyjazdem odprawić rekolekcje. W Gdyni odprawiłem rekolekcje ignacjańskie i tam po prostu Bóg mnie powalił. Tam dotarło do mnie ignacjańskie "magis", czyli wezwanie, aby zrobić coś więcej. Wtedy też po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że może Bóg chce mnie wezwać do kapłaństwa. To zaowocowało moim wstąpieniem do nowicjatu oo. jezuitów w Starej Wsi koło Brzozowa. Po studiach filozoficznych w Krakowie i teologicznych w Dublinie i w Kanadzie wyjechałem do Zambii, gdzie od wielu lat pracują polscy jezuici.

Ks. J.S.: Pozostańmy jeszcze przy pracy misyjnej ludzi świeckich. Czy jest dzisiaj taka potrzeba? Czego Afrykańczycy oczekują od świeckich misjonarzy i na co oni mogą liczyć, wyjeżdżając do Afryki?

Ks. A.L.:
W Afryce potrzeby są ogromne. W naszej misji każdego roku przyjmujemy dwóch lub trzech wolontariuszy z różnych krajów. Doświadczenie uczy, że muszą to być ludzie, którzy mają konkretny zawód. Dzisiaj nie wystarczy sama chęć wyjazdu na misje i pomagania ludziom. Mieliśmy np. studentów z Irlandii, którzy byli u nas kilka miesięcy, ale, nie mając żadnego zawodu, nosili cegły. Szybko jednak się tym zajęciem sfrustrowali, bo zauważyli, że Afrykańczycy też to mogą robić. Dla nas byli tylko ciężarem, bo trzeba było ich żywić, a do tego odbierali możliwość pracy samym Afrykańczykom. Najbardziej pożądanym zawodem na misjach jest medycyna: lekarze i pielęgniarki. Trzeba też znać bardzo dobrze język angielski, a potem jeszcze trzeba się uczyć języka lokalnego. Trzeba też sobie zdawać sprawę z tego, że jedzie się pracować w warunkach diametralnie różnych od europejskich. Mieliśmy np. wolontariuszy z Niemiec, którym uświadamialiśmy, że nie mogą liczyć na żadne wygody, że nie ma u nas kin ani telewizji satelitarnej. Przyjechali jednak, ale po dwóch tygodniach wrócili. Warto pielęgnować wielkie marzenia. To one właśnie stały u początku mojej pracy misyjnej. W Warszawie, przy Biurze Misyjnym jest też biuro misyjne dla świeckich; kilkanaście osób świeckich co roku wyjeżdża na misje.

Ks. J.S.: A jak świeccy misjonarze traktowani są przez miejscową ludność? Czy są widziani, jako ci, którzy zabierają im pracę, czy jako ludzie, którzy przybywają, aby im pomóc?

Ks. A.L.:
Zależy to przede wszystkim od tego, kto i z czym przybywa. Były takie sytuacje, że Zambijczycy przyjmowali przybyłych misjonarzy bardzo serdecznie, ale oni sami męczyli się tym, że nie byli w stanie im pomóc. Zambijczycy bardzo sobie cenią ludzi, którzy do nich wychodzą, którzy potrafią iść do ich wiosek i tam spać w ich domkach, czy którzy, podobnie jak oni, pokonują nawet duże dystanse pieszo. Nigdy w Zambii nie spotkałem się z sytuacją złego traktowania świeckich misjonarzy.

Ks. J.S.: Wrócił Ojciec do Afryki jako kapłan. Jak Ojciec poczuł się w tej nowej roli i jak został przyjęty przez Zambijczyków?

Ks. A.L.:
Ludzie oczekują od kapłana znacznie więcej niż od świeckiego misjonarza. Oni pamiętają i ciągle na to czekają, że misjonarze-kapłani będą im budować szpitale, będą dawać żywność i będą pomagać w trudnych sytuacjach. Każdy kapłan musi pokazać swój właściwy obraz. Są tacy, którzy przede wszystkim wychodzą do ludzi tam, gdzie oni żyją, w ich wioskach i domach. Tam starają się rozwiązywać ich problemy. Tacy księża są bardzo dobrze przyjmowani przez miejscową ludność. Oni przyglądają się nam i zastanawiają się, czego mogą od nas oczekiwać. Ja np. mam zdolności bardziej techniczne, więc na te sprawy byłem zawsze bardziej wrażliwy. Zambijczycy potrafili to docenić. W naszej parafii zaczęliśmy prowadzić rekolekcje ignacjańskie. Ludzie przekonali się, że ta metoda daje wielkie efekty duchowe. Wielu ludzi dziś przychodzi do nas nie tylko po to, żeby otrzymać jakieś dary materialne, ale także po pomoc duchową, po coś, co pomoże im przezwyciężyć wierzenia w czarowników i w różne przesądy.

Ks. J.S.: Na czym polega inkulturacja wiary, którą głosicie Afrykańczykom?

Ks. A.L.:
Największa inkulturacja w dziejach świata wyraziła się w prawdzie, że Bóg stał się człowiekiem. Początki wiary w Afryce miały tendencje przenoszenia z Europy choćby stylu budowanych tam kościołów. Miejscową ludność uczono naszych pieśni religijnych. Niektóre z nich do dzisiaj są tam śpiewane. Obecnie jednak staramy się słuchać ludzi i obserwować, jakie są ich potrzeby. Komuś, kto przyjedzie do Afryki, dużo czasu zabierze zrozumienie miejscowej kultury. Patrząc z zewnątrz, można powiedzieć o ludziach w Afryce, że są leniwi: dużo siedzą, bardzo lubią rozmawiać, zawsze mają czas, wieloma rzeczami się nie przejmują. Wynika to z ich kultury. W językach bantu czas przyszły jest tak słaby, że praktycznie nie istnieje. Cała kultura afrykańska jest nastawiona na przeszłość i na teraźniejszość. My natomiast cały czas jesteśmy ukierunkowani na przyszłość. Myślimy o przyszłości, a zbyt mało żyjemy teraźniejszością. Te nasze dwie kultury, czyli sposoby patrzenia na świat muszą się gdzieś spotkać. My się możemy wiele nauczyć od Afrykańczyków, a oni mogą się nauczyć od nas; tego myślenia o przyszłości. Ponadto Afrykańczycy są ludźmi wspólnoty. Tak zawsze żyli i tak podejmowali wszelkie decyzje. Gdy np. ktoś coś ukradnie, to wówczas zbiera się cała wioska i debatuje nie tylko nad tym, jak go ukarać, ale też jak mu pomóc, by w przyszłości tego nie robił. Ta wspólnotowość przenosi się do Kościoła, np. na liturgię. Normalnie Msza święta trwa tam dwie godziny, a w większe uroczystości to nawet ponad trzy godziny. Stąd dostrzeżenie przez misjonarzy potrzeby inkulturacji było z korzyścią także i dla ich pracy.

Ks. J.S.: Kiedyś Rodezja była misją typowo polską, teraz Zambia jest misją wielonarodowościową. Czy Wam to nie przeszkadza?

Ks. A.L.:
Misja, w której pracuję powstała w 1905 r., kiedy wyrzuceni z Mozambiku polscy misjonarze tam osiedli. Tak było do czasu II wojny światowej. Wówczas z powodu niemożności opuszczania Polski trzeba było poprosić o pomoc Irlandczyków, Kanadyjczyków i Amerykanów. To bardzo ubogaciło misję, także materialnie. Bardzo dobrze nam się współpracuje w tym międzynarodowym gronie jezuitów. Jednoczy nas wspólne dzieło misyjne.

Ks. J.S.: Po kilku latach pracy misyjnej w Zambii powrócił Ojciec na rok do Polski i jest to właściwie pierwszy rok Ojca pracy w ojczystym kraju. Czy zauważa Ojciec różnicę w pracy kapłana w Polsce od tej, jakiej się Ojciec oddaje w Zambii?

Ks. A.L.: Z
araz po święceniach, jeszcze w tym samym miesiącu, wyjechałem do Zambii, tak że praktycznie w ogóle nie pracowałem jako ksiądz w Polsce. Teraz po przyjeździe do Polski musiałem się nawet uczyć Mszy świętej po polsku. Jestem wdzięczny Bogu i zakonowi, że mam taki czas na przemyślenie swojego kapłaństwa. Jest to czas dla mojego duchowego wzrostu. W tym czasie w Polsce dosyć dużo spowiadałem. Udzieliłem kilka serii rekolekcji dla różnych grup: w szkole, w parafii, a nawet w domu poprawczym. Porównując pracę kapłańską w Zambii i w Afryce, uderza taka sama potrzeba wyzwolenia człowieka i szukania Boga. Te dwie postawy są niezależne od miejsca, w którym człowiek żyje, wszędzie trzeba się wyzwalać od tego co złe i odkrywać Boga i Jego wolę. Ponadto, niezależnie od pochodzenia, ludzie mają identyczne problemy egzystencjalne, takie jak: wolność, miłość, poszukiwanie Boga czy rozmaite lęki.

Ks. J.S.: Serdecznie dziękuję za rozmowę. W imieniu Czytelników "Posłańca" i członków Apostolstwa Modlitwy obiecuję dar modlitwy za naszych polskich misjonarzy i za kraje, w których pracują.


Zambia:
ludność - 9 mln
powierzchnia - 753.000 km2
przeciętna długość życia - 37 lat
największa umieralność - malaria
AIDS - 20% ludności
śmiertelność niemowląt - 202/1000
85% ludności żyje za mniej niż 1 dol. dziennie
zadłużenie - 6,5 mld. dol.
odsetki do spłacenia - 150 mln dol. co wynosi więcej niż wydatki na służbę zdrowia, edukację i wszystkie wydatki socjalne razem wzięte
pieniądz -kwacha
Andrzej Leśniara SJ
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
PSJ VII/2004
skocz do numeru:
© Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.