Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr grudzień 2004
Kocham Ciebie, Mamo
      Aborcja była dla mnie zawsze tematem smutnym i przerażającym. Jako młoda dziewczyna, czytając czy słysząc o aborcji, zadawałam sobie pytanie, dlaczego matka może zabić swoje dziecko. Przecież ono żyje i czuje tak samo jak my. Ponieważ byłam wychowana w rodzinie wierzącej, wiedziałam, że zabić nie narodzone dziecko, to złamać przykazanie Boże: Nie zabijaj, a kiedyś trzeba będzie stanąć na sądzie przed Bogiem i przed swoim dzieckiem.
      Był maj 1988 roku, kiedy lekarka oznajmiła mi, że jestem w ciąży. Oboje z mężem cieszyliśmy się, lecz radość trwała krótko. W drugim miesiącu ciąży zaczęły się komplikacje, więc musiałam leżeć i przyjmować lekarstwa. Moje samopoczucie było coraz gorsze. 12 czerwca dostałam silny krwotok, trzeba było szybko jechać do szpitala. Lekarz po zbadaniu mnie oznajmił, że ciąża jest poroniona. Bardzo wtedy płakałam, że moje dziecko, choć maleńkie, nie żyje. Opatrzność Boża sprawiła, że w tym momencie do gabinetu wszedł mój (nieżyjący dziś) kolega, który był lekarzem internistą. Poprosił, aby zrobione badanie USG, aby się upewnić, czy to dziecko już nie żyje. Podczas badania zobaczyłam na monitorze bijące serduszko mojego dziecka. Radość moja była ogromna, a lekarz tylko powiedział: To jest niemożliwe. Radość moja trwała tylko do następnego dnia. Rano podczas wizyty ordynator wezwał mnie do badania stwierdzając, że ciąża jest już poroniona i tak nie ma już czego ratować. Tylko Pan Bóg wie, co wtedy przeżyłam. Ordynator zapytał mnie, dlaczego płaczę. Odpowiedziałam, że bardzo żal mi tego dziecka, a poza tym nie było ochrzczone. Usłyszałam tylko śmiech ordynatora i asystujących mu lekarzy. Szkoda, że dla niektórych lekarzy nie narodzone dziecko nie ma żadnej wartości. Ordynator wyznaczył mnie na następny dzień do zabiegu wyczyszczenia. Cały dzień przepłakałam, widząc ironiczne uśmiechy pielęgniarek, które mówiły, że mam nie panikować, bo poronienie to normalna rzecz. Tego dnia wieczorem na oddział przyszedł do mnie znowu mój kolega lekarz internista. Widząc mój stan, poprosił dyżurującego lekarza ginekologa o powtórne badanie USG. Ku zdziwieniu wszystkich, serduszko mojego żywego dziecka nadal biło. Prawdziwe piekło dla mnie zaczęło się dnia następnego. Ordynator stwierdził poronienie całkowite i wypisał mnie do zabiegu, a tutaj dziecko żyło. Stan mój nie był dobry, a sytuacja z dzieckiem była poważna. Z powodu powikłań ciążowych utrzymujące się krwawienie z macicy groziło zakażeniem organizmu matki. Zaistniała konieczność długotrwałej antybiotykoterapii. Musiałam leżeć, zdawałam sobie sprawę, że każdy mój ruch mógł spowodować poronienie. Bardzo bałam się o moje maleńkie dziecko. Postanowiłam za wszelką cenę ratować je, nawet za cenę mojego życia.
      Były to dla mnie bardzo ciężkie chwile. Miałam świadomość, że w domu czeka na mnie mąż oraz trzyletni syn, który, odwiedzając mnie, często pytał: Mamusiu, kiedy przyjdziesz do domu? W szpitalu przeleżałam trzy miesiące, lecz przez dwa miesiące nie mogłam nawet wyjść z łóżka. Ordynator w czasie obchodu (wizyty porannej), wchodząc na salę, gdzie leżałam, pytał pacjentki: Jak tam wasze dzieci - rosną? Mnie oraz moją koleżankę w podobnej sytuacji pytał: Jak tam te debile? Nie chciałabym przeżyć drugi raz w moim życiu takich chwil. Największą radością i nadzieją dla mnie była codzienna Komunia święta oraz godziny z różańcem w ręku. Lekarze mówili, abym lepiej usunęła tę ciążę, bo dziecko i tak będzie kalekie, ułomne lub z zespołem Downa.
      Z początkiem szóstego miesiąca ciąży ordynator po zbadaniu mnie stwierdził, że ciąża jest martwa. Również i ta diagnoza okazała się ohydnym kłamstwem. Następne cztery miesiące przeleżałam w domu. W tym czasie drugi raz wróciłam do szpitala. Z powodu rozpoczynającego się przedwczesnego porodu trzeba było założyć szew. 6 grudnia 1988 roku urodził się, wbrew wszelkim diagnozom lekarzy, zdrowy i cały syn. Dziecko przy porodzie oceniono na 10 punktów w skali Apgar, co oznacza, że było całkowicie zdrowe. W czasie porodu obecni byli prawie wszyscy lekarze, może chcieli zobaczyć to "kalekie" dziecko? Lekarka odbierająca poród powiedziała do mnie: To cud. Zapytała mnie, co mogłaby dla mnie zrobić? Poprosiłam, aby podała mi z mojej torebki różaniec. Wtedy zobaczyłam, że płacze.
      To nieważne, że lekarze wyśmiewali się ze mnie, a nawet krzyczeli. To nic, że nie było dla mnie czystej pościeli przez cały pobyt w szpitalu. Czysta pościel była dla kobiet, które przychodziły na pół dnia, aby poleżeć po przebytej aborcji. Nie żałuję tych siedmiu przeleżanych i przepłakanych miesięcy. Dziękuję Bogu, że mimo ciężkiego doświadczenia, pozwolił urodzić się mojemu dziecku. Dzisiaj mój syn Tadeusz (na cześć patrona od spraw beznadziejnych, św. Judy Tadeusza) ma piętnaście lat, jest zdrowym i dobrze uczącym się chłopcem. Często mówi do mnie: Kocham Cię, Mamo! Dziękuję Ci, że jestem.
      Wszyscy wiemy, że przyjdzie kiedyś taki czas, który nie ominie nikogo, kiedy trzeba będzie stanąć przed Najwyższym Panem, by zdać relację ze swego życia. Dlatego całe nasze życie niech będzie miłością - przez Boga dla innego człowieka, by on również mógł żyć w Bożej miłości. Dlatego niech słowa Fultona Sheeda będą przyjęte i mobilizujące dla każdej matki i każdego ojca w walce o życie nie narodzonych dzieci: Kiedy przyjdzie czas, a na pewno przyjdzie, gdy staniemy w bojaźni na Sądzie Ostatecznym - będzie to straszliwy moment osamotnienia. Nie będziesz tam miał adwokatów, stojąc samotnie przed Obliczem Boga, przerażenie przeniknie twą duszę jak nic, co teraz możesz sobie wyobrazić. Ale naprawdę jestem przekonany, że ci, którzy zrobili wszystko, aby ratować życie poczętych dzieci, nie będą sami. Sądzę, że wspaniałe chóry głosów, których nigdy nie słyszano na tej ziemi, na tamtym świecie będą wyraźnie wstawiać się za każdym, kto bronił życia tych najmniejszych i najsłabszych. Będą prosić Boga: "Okaż mu miłosierdzie, ponieważ on nas kocha!" A Bóg spojrzy na Ciebie i nie zapyta: "Czy udało ci się?", lecz: "Czy próbowałeś?" (Henry Hyde /Speech to Maryland Right - to - Life Convention/, w: Barbara i dr Jack Willke, Aborcja. Pytania i odpowiedzi, s. 344).
Barbara
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
  • Człowiek wielkiego zawierzenia - Leon Dyczewski OFMConv.
  • PSJ XII/2004
    skocz do numeru:
    fot. Agnieszka Turska
    © Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
    Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.