Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr kwiecień 2005
Ksiądz z "zielonej budki"
Życie i działalność ks. Józefa Kurzeji
      W krypcie kościoła pw. św. Maksymiliana M. Kolbego w Krakowie - Mistrzejowicach znajdują się dwa sarkofagi: ks. prał. Mikołaja Kuczkowskiego - pierwszego proboszcza tej parafii i ks. Józefa Kurzeji, który doprowadził do powstania tego ośrodka duszpasterskiego.

      Ks. Józef pochodził z ubogiej wielodzietnej rodziny rolniczej. Urodził się 10 I 1937 r. we wsi Zasadne, na terenie parafii Kamienica k. Nowego Wiśnicza (diecezja tarnowska) jako siódme i ostatnie dziecko Stanisława Kurzeji i Zofii Gorczowskiej. Po przedwczesnej śmierci głęboko wierzącej matki wychowanie dzieci spoczęło na ojcu, który starał się wywiązać z tego zadania po Bożemu. Opiekująca się dziećmi ciotka oddała najmłodszego z rodzeństwa Józia na służbę do zamożnych gospodarzy. Brak naturalnej rodzinnej opieki, ciężka praca doprowadziły do tego, że chłopiec ciągle chorował na płuca. Ojciec, widząc to, wziął go do siebie. Mały Józiu bardzo pragnął dalej się uczyć. Dzięki zaradności ojca znalazło się miejsce u zamożnych gospodarzy w sąsiedniej wsi Łącko, gdzie mógł skończyć szóstą klasę. Jego starsza siostra należąca do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek pracowała w ochronce przy parafii Wilamowice, gdzie proboszczem był ks. F. Piela. Ten zgodził się, żeby Józio zamieszkał u niego i skończył szkołę podstawową. Wdzięczny za możliwość nauki, Józef starał się wszędzie, gdzie mógł, pomagać: czy to w kościele, czy też przy gospodarstwie.
      Po ukończeniu szkoły podstawowej wstąpił do Małego Seminarium Duchownego w Krakowie, które ukończył z wynikiem bardzo dobrym. Ponieważ przy wstąpieniu do Wyższego Seminarium Duchownego wymagana była matura, zdał ją eksternistycznie w Bielsku. Mógł teraz spokojnie iść za głosem powołania i zgłosić się do Seminarium Duchownego w Krakowie. A to było jego największym pragnieniem.
      W Seminarium cieszył się pełnym zaufaniem przełożonych, profesorów i kolegów. Był zawsze pogodny, otwarty na innych, chętny do pracy i niesienia pomocy drugim. Na wakacje przyjeżdżał do rodzinnej wioski, często też bywał w Wilamowicach. Po ukończeniu studiów przyjął święcenia kapłańskie (17 VI 1962 r.) w katedrze na Wawelu w obecności swej najbliższej rodziny.
      Pierwszą placówką duszpasterską ks. Józefa była parafia Mucharz (1962-1964), gdzie proboszczem był ks. prałat J. Motyka. Tam dał się poznać jako gorliwy katecheta i duszpasterz, opiekujący się przede wszystkim chorymi. Kościół był pełen młodzieży i starszych. Ksiądz Józef umiał zachęcić, pociągał swoim przykładem. W pracy duszpasterskiej starał się objąć nie tylko miejscowych wiernych, ale i mieszkających w znacznej odległości od kościoła parafialnego.
      Z parafii Mucharz został przeniesiony do parafii Grojec koło Kęt, gdzie w charakterze wikariusza służył trzy lata. Proboszczem tej parafii był od wielu lat chorowity ks. W. Chyc. Współpraca między ks. proboszczem a ks. Józefem jako wikariuszem układała się bardzo dobrze. W okresie wakacyjnym księża razem wyjeżdżali, by zwiedzić miejsca pielgrzymkowe w Polsce. Na ten czas w parafii zastępował ich inny kapłan. Również w tej parafii ks. Józef potrafił skupić ludzi w kościele, zachęcając dzieci i młodzież do praktyki pierwszych piątków miesiąca.
      Następnie ks. Kurzeja został skierowany do parafii Siersza, gdzie przez rok troszczył się o chorych, o dzieci i młodzież, jak również o należyty wygląd kościoła i jego otoczenia. Stamtąd został posłany do parafii Raciborowice.
      W związku z rozbudową Nowej Huty powstawały nowe osiedla mieszkaniowe, ale dla ich mieszkańców nie było kościoła. Pobyt w Raciborowicach był okresem znamiennym w życiu ks. Józefa, był to czas zmagania się z komunistycznymi władzami o możliwość zbudowania na tym obszarze kościoła dla mieszkańców osiedla. Przy pomocy życzliwych sobie ludzi wybudował najpierw pewnego rodzaju altanę, w której początkowo gromadził dzieci, ucząc je religii i przygotowując do I Komunii świętej. Otwarcie takiego ośrodka naraziło ks. Józefa na rozmaite szykany ze strony władz. Wielokrotnie otrzymywał polecenia, by rozebrał "barak", lecz w odpowiedzi coraz więcej ludzi uczestniczyło we Mszy świętej, którą w tym miejscu odprawiał. Władze państwowe szukały wszelkich możliwych sposobów, aby zlikwidować ten nowy ośrodek duszpasterski. Ciągle przychodziły wezwania do różnych urzędów, przesłuchania u władz, nie tylko księdza, ale również osób, które w jakikolwiek sposób pomagały przy organizowaniu nabożeństw. Grożono zwolnieniami z pracy, wyznaczano kary, stosowano sankcje. Ks. Józef w obawie, by w czasie jego nieobecności władze nie rozebrały "zielonej budki", stale przebywał na miejscu, latem i zimą. Miejsce to nie było opalane, nie mógł więc prowadzić normalnego trybu życia, co poważnie zaciążyło na jego stanie zdrowia. Nie myślał jednak o sobie. W pierwszą niedzielę lipca 1971 r. pierwszy raz w tym miejscu odprawił Mszę świętą dla dzieci, które przygotował do przyjęcia I Komunii świętej. Zrobił do "budki" zadaszenie oraz odpowiednie podium; i pomieszczenie nabrało charakteru kaplicy. Władze komunistyczne nie dawały za wygraną. Przychodziły surowe nakazy, kary i groźby aresztowania. Ze względu na stały napływ ludzi jednak nie odważyły się przemocą zniszczyć kaplicy. Z inicjatywy ks. Józefa powstał projekt, by w tym miejscu zbudować kościół pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbe.
      Zmagania osłabiły fizycznie ks. Józefa, który był zmuszony korzystać z leczenia w szpitalu, nieraz tracił przytomność. Jednak trwał dalej na stanowisku. Dzięki przychylności ks. Kardynała Karola Wojtyły mógł codziennie odprawiać w ośrodku Mszę świętą, miał do pomocy młodszego kapłana, który go zastępował w czynnościach liturgicznych czy gospodarczych.
      Władze kościelne starały się u władz państwowych o zgodę na powstanie kościoła. Trzeba było długo czekać, ale w końcu przyszła pozytywna opinia i można było przystąpić do budowy kościoła według zatwierdzonych planów. Było to latem 1974 r. Ks. Józef jeszcze przygotował grunt pod budowę, gromadził materiał. W ostatnią sobotę adwentu 1974 r. z dotychczasowej kaplicy nazwanej "budką", pod przewodnictwem ks. Kanclerza Mikołaja Kuczkowskiego przy licznym udziale wiernych i kapłanów, procesjonalnie przeniesiono Najświętszy Sakrament do świeżo wybudowanej kaplicy, która miała służyć tymczasowo za punkt duszpasterski w Mistrzejowicach, zanim zostanie wzniesiona świątynia. Wiosną 1976 r. po uzyskaniu ostatecznej decyzji i zatwierdzeniu planów budowy rozpoczęto kładzenie fundamentów pod kościół. Poświęcenia kamienia węgielnego dokonał ks. Kardynał Metropolita Krakowski w dniu 14 XI 1976 r.
      Tej chwili już ks. Józef nie doczekał, Pan odwołał go do Siebie 15 VIII 1976 r. w Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Z góry spoglądał na dzieło, o które tak bardzo zabiegał. Dzisiejszy kościół w Mistrzejowicach ks. Józefowi zawdzięcza swoje powstanie.

***

      Było takie miejsce, czyste pole, zasłonięte od drogi dzikim zagajnikiem, na prywatnym terenie. W czasie wojny był tam pomocniczy lagier niemiecki dla Żydów. Tam też wykonywano egzekucje. Po lagrze została nieduża rozpadająca się buda, gdzie "wacha" strażników obozowych miała swoje pomieszczenia.
Ks. Józef uparł się, że na tej budzie wyląduje. Zorganizował ekipę zaufanych ludzi z Raciborowic, którzy z drewna przygotowali poszczególne elementy. W dniu 26 sierpnia 1970 roku w święto Matki Boskiej Częstochowskiej przewieziono je w przewidziane miejsce i w ciągu jednego dnia zmontowano, niby to remontując starą strażnicę. Tak zrobiony baraczek o wymiarach 5x6 m pomalowano na zielono dla "zharmonizowania" go z otoczeniem. Potem barak został nazwany "zieloną budką". (...)
      Proboszcz bez wiernych i kościoła pieszo zaczął chodzić (około 7 kilometrów) z Raciborowic do tej swojej chudoby, urządzał ją i rozmyślał, jakby tu ludzi ściągnąć. (...)
      Według opowiadania jednego ze świadków wyglądało to tak: Ks. Józef siadł sobie przed tą budką i... doczekał się pierwszego dzieciaka, który zaciekawiony przyszedł podpatrzeć, co tu się dzieje. Nowy ładny baraczek, a na progu ksiądz. No, no. Coś podobnego. Ciekawość zwyciężyła i podszedł, bo jakżeby bał się księdza. Poszły w ruch cukierki, ksiądz się popytał, pośmiał z dzieckiem, pogłaskał po głowie. Chłopię jednak było nieufne, a sprytna była bestia (nie wiadomo gdzie szkolona). Pyta: "Czy ksiądz to naprawdę ksiądz?" a potem "czy aby nie patriota?" Dość szybko się dogadali, zapalili sobie ognisko i zrobili lekcję religii. Na drugi dzień przytupało już pięcioro dzieci, a potem zaraz mamusie, aby się dowiedzieć, co się tu dzieje. Ponieważ był wrzesień, zapisały dzieci na religię i (...) w ciągu kilku dni było już 35 dzieci na religii. A zaraz po mamach przyszła milicja...

fragment z broszury Człowiek wielkiego serca, 1983
ks. Stefan Ryłko KRL
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
  • Ksiądz z "zielonej budki" - ks. Stefan Ryłko KRL
  • Zasypany Kościół - ks. Henryk Pietras SJ
  • PSJ IV/2005
    skocz do numeru:
    ks. Józef Kurzeja
    © Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
    Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.