Biblioteka PSJ
Od 1 stycznia 2011 r. zmieniła się formuła miesięcznika katolickiego "Posłaniec". Wrócił do swojej pierwotnej nazwy "Posłaniec Serca Jezusowego" w nowym formacie oraz z niższą ceną. O. Leszka Gęsiaka SJ na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił o. Stanisław Groń SJ.
Posłaniec Serca Jezusowego
PSJ nr lipiec 2005
Wyprawa do dżungli
Z siostrą Ireną Jędryka ze Zgromadzenia Sług Jezusa, misjonarką z Boliwii, rozmawia o. Piotr Kyć OFMConv.
Czy może Siostra powiedzieć, kiedy poczuła w sobie powołanie misyjne? Zwykle bywa to bardzo interesujące?

Historia mojego powołania misyjnego jest bardzo długa. Jako młoda dziewczyna marzyłam, by pojechać na misje. Nawiązałam kontakt listowny z jednym z misjonarzy w Afryce, którego spotkałam na katechezie. Zapytałam go w liście, jak mogę mu pomagać w jego pracy. Po dłuższym czasie otrzymałam odpowiedź: Na razie możesz mi pomóc tylko modlitwą. Nie jest wykluczone, że kiedyś sama pojedziesz na misje. Po dwudziestu latach zrealizowało się moje marzenie, a jego "proroctwo". Wyjechałam na misje w 1992 roku.

Czy już wtedy Zgromadzenie Sług Jezusa prowadziło jakieś misje?

Charyzmatem mojego zgromadzenia nie jest praca misyjna. Ale nasze przepisy zakonne mocno podkreślają, że powinnyśmy być zawsze otwarte na potrzeby Kościoła. Zgromadzenie rozeznało w pewnym momencie, że jego potrzebą jest nasza obecność z własnym charyzmatem w Boliwii. A tę potrzebę uświadomili nam także ojcowie franciszkanie.

Czy to był zatem wyjazd trochę w ślepo?

Nie tak całkiem. Zostałyśmy zaproszone do Boliwii przez franciszkanów. Naszą pierwszą placówkę misyjną przygotowywał o. Peregryn. Ostrzegał nas żartobliwie, że zastaniemy puste ściany. Nie wyczuwając żartu, zbierałyśmy wszystko, co się dało - nawet z samolotu zabrałyśmy plastikowe sztućce. Ale na miejscu, zastałyśmy nie tylko dom, ale dom dobrze wyposażony. Czułyśmy, że bracia czekali na nas. Przekonałyśmy się wkrótce, że czekali na nas także ludzie w Guabira, gdzie mieściła się pierwsza nasza placówka, położona ok. 5 km od franciszkańskiej centralnej parafii w Montero. Dorośli przynosili nam owoce, jakieś pożywienie, a dzieci zrobione przez siebie lalki.

Siostra przebywała i pracowała cały czas w Guabira?

Nie była to jedyna placówka, gdzie pracowałam. Po trzech i pół roku wyjechałam do Bulo Bulo, aby tam utworzyć nową placówkę, położoną w Chapare, w od niedawna (od 17 lat) zaludnionej dżungli. Jest ono położone ok. 130 km od Guabira.

Jakie były główne zajęcia Siostry jako misjonarki na tych placówkach?

Kiedy mi ktoś stawia pytanie: Co siostra tam robi? - to łatwiej mi jest odpowiedzieć, czego tam nie robię. Podkreślę jednak cztery rodzaje zajęć: praca duszpasterska, pomoc medyczna, wychowywanie dziewcząt i wyprawy misyjne do wnętrza dżungli. Uczyłam zatem w szkole, przygotowywałam do sakramentów i oczywiście wykonywałam wszystkie posługi domowe i gospodarcze. Nie było tam jeszcze księdza, byłam więc pierwszą osobą reprezentującą Kościół katolicki i spełniałam tam prawie wszystkie funkcje jak proboszcz w parafii. Niektórzy, śmiejąc się, nazywali mnie "siostrą proboszcz". Często przychodzili do nas chorzy, oczekując od nas porady i pomocy. Szybko odczułam konieczność założenia misyjnej apteki w domu, żeby móc dawać lekarstwa najbiedniejszym. Tak zgromadziłam maleńką skrzyneczkę lekarstw, którą nosiłam zawsze z sobą, kiedy wyruszałam w odwiedziny do indiańskich wiosek. Powoli ta skrzyneczka-apteka rozrastała się i powstała z niej apteka prawdziwa. Zdarzało się, że przychodzili z chorymi do naszej apteczki nawet w nocy z wiosek odległych o 15-20 km. Oprócz tego zajmowałam się wychowywaniem dziewcząt, które brałyśmy do nas do domu. Uczyły się tu żyć w normalnych, cywilizowanych warunkach, a poznane umiejętności przekazywały później w swoich wioskach. Bardzo ważnym elementem mojej pracy misyjnej były tzw. wyprawy misyjne, które organizowali w naszej parafii w Ivirgarsama (na terenie której leży Bulo Bulo) franciszkanie: o. Marek i o. Stanisław. Niektóre trwały 5-6 dni, a nawet nieco dłużej. Na taką wyprawę misyjną wyjeżdżał także lekarz, wyjeżdżali katecheci - Indianie, którzy byli naszymi przewodnikami.

Jak wyglądała taka wyprawa?

Płynęliśmy dużą rzeką, żeby odwiedzić położone nad jej brzegami wioski, do których nie było innej drogi. Do wielu z nich docierało się raz na pół roku, raz na rok. Ludzie, powiadomieni drogą radiową o naszej wyprawie, wychodzili na brzeg i czekali na nas. Jeśli mieli chorych i umierających, zatrzymywali nas, aby ksiądz ich wyspowiadał. W określonych wioskach zatrzymywaliśmy się na dłużej. Wtedy kapłan spowiadał, odprawiał Mszę świętą, udzielał umierającym sakramentu chorych; lekarz badał i szczepił dzieci; a siostra zakonna zwykle prowadziła katechezy, przygotowywała do przyjęcia sakramentów. Nasz pobyt w danej wiosce kończył się wielką uroczystością, bo był chrzest, bierzmowanie i ślub. Obdarowywaliśmy też mieszkańców żywnością. Zdarzało się, że wielu z nich nie wiedziało, co to jest cukier, pierwszy raz widzieli mąkę, konserwy.

Taką wyprawę misyjną wpierw trzeba było dobrze przygotować i zaplanować, jak sądzę?

Tak. Wszystko uzgadnialiśmy z biskupem, który częściowo wspierał nas finansowo, przekazywał nam lekarstwa, które otrzymywał z Zachodu. Korzystaliśmy także z pomocy z Polski i z pieniędzy wypracowanych przez misje. Trzeba też było zebrać odpowiednią ilość żywności dla siebie i dla ludzi, do których płynęliśmy. Jeśli mieliśmy fundusze, to kupowaliśmy dla dzieci jakieś ubranka, buciki, sandałki tzw. czinele (gumowe klapki), które im służyły jako buciki do I Komunii świętej.

Jakie lekarstwa stosowaliście najczęściej?

W krótkim czasie można się było zorientować, na jakie choroby najczęściej zapadają dzieci i dorośli w dżungli. Były to infekcje dróg pokarmowych i infekcje zewnętrzne skóry. Nasze leczenie było proste, niekiedy podawaliśmy tylko środki przeciwbólowe.

Czy próbowaliście tym ludziom pomóc lepiej się organizować?

Ponieważ nasza parafia jest bardzo rozległa, położona jest wzdłuż tzw. międzynarodowej drogi na odcinku 120 km, a wioski indiańskie położone są wzdłuż wielkich rzek, mieliśmy znikome możliwości kontaktu z parafianami; niekiedy raz na miesiąc, raz na rok albo i rzadziej. Staraliśmy się wobec tego, aby każda wioska miała swojego "lidera duchowego", jak i "lidera społecznego", którego wybierali sami mieszkańcy. Jego zadanie to czytanie w niedzielę liturgii słowa, głoszenie katechezy, odmawianie różańca, odprawianie Drogi krzyżowej po wiosce. Ważne jest, aby wybrany był też "lider społeczny", który potrafi upominać się o prawa dla swoich współmieszkańców. Często rola "lidera społecznego" i "duchowego" bywa łączona w jednej osobie.

Wiemy już jak pracowaliście na wyprawach, a jak wypoczywaliście, jak spaliście?

Nasze noclegi wyglądały różnie. Zdarzało się, że w ciągu dnia nie dopłynęliśmy do pierwszej wioski. Gdy przychodziła piąta godzina po południu, zatrzymywaliśmy się na jakimś zakolu rzeki, gdzie była wystarczająco duża piaszczysta plaża. Według rozdzielonych funkcji jedni rozbijali moskitiery, aby móc się przespać, inni szli do dżungli po drzewo, rozpalali ognisko, jeszcze inni próbowali złowić jakąś rybę do ryżu, naszego codziennego posiłku. Całą noc trzeba było palić ognisko i trzymać wartę, bo istniało stałe zagrożenie ze strony groźnych zwierząt. Trzymający wartę miał zawsze broń palną.

A mycie się?

Mycie odbywało się na kanoe (łodzi). Brało się czerpak, taką skorupę z owocu tutumy, nabierało się nią wodę z rzeki i polewało się siebie. Wodę do picia i do gotowania zabieraliśmy z sobą, ale zawsze jej brakowało. Korzystaliśmy wtedy z wody rzecznej, przedtem gotując ją kilka razy i dolewając do niej chloru.

Czy płynięcie tak dużą rzeką w łodzi niesie z sobą jakieś niebezpieczeństwo?

Wiele niebezpieczeństw; w rzece, którą pływaliśmy (Chapate) jest bardzo dużo krokodyli, występują też anakondy. Widywaliśmy słodkowodne delfiny pięknie buszujące w wodzie. Nigdy nie nocuje się w łodzi, ponieważ może się pojawić anakonda; łatwiej można paść jej ofiarą w łodzi niż na lądzie. Częste są przypadki ofiar węża elektrycznego albo płaszczki, która nawet w czystej i płytkiej wodzie robi wrażenie kamienia i jest nieruchoma. Z chwilą nadepnięcia jej, we własnej obronie uderza ogonem, wyrywając trochę ciała ludzkiego i pozostawiając w nim jad. Rana nie chce się długo goić, a towarzyszy temu wielki ból. Ponieważ my pływamy z przewodnikami Indianami, znającymi wszystkie sekrety dżungli i rzeki, to oni nas w porę przed wszystkim ostrzegają; są naszymi stróżami.

Wróćmy jeszcze do odwiedzanych wiosek. Z czego żyją ci Indianie?

Wioski, które odwiedzamy, liczą od kilkunastu do kilkudziesięciu rodzin. Jest to wykarczowany kawałek dżungli, na którym stoi indiańska chata i na którym próbuje się uprawiać w niewielkich ilościach najczęściej jukę, kukurydzę i banany. Jedynym narzędziem, jakim się posługują mieszkańcy chaty jest maczeta. Żywią się również tym, co upolują i co złowią w rzece.

A czy ci ludzie mają kontakt z miastem i czy wyjeżdżają tam od czasu do czasu?

Tymi, którzy mają kontakt z większymi osadami, miasteczkami, naszymi placówkami misyjnymi, są mężczyźni. Oni od czasu do czasu są zwoływani przez władze lokalne na zebrania społeczne i są do tego przymuszani. Dzieci i kobiety praktycznie nigdy nie opuszczają wiosek. Żyją bez kontaktu ze współczesną cywilizacją. Szkoły często nie ma, bo brak jest nauczyciela. Czasem organizują się dwie albo trzy sąsiednie wioski, łódką przewożą po kilkoro dzieci, żeby uczył je nauczyciel w wiejskiej szkole. Mimo to wielu nie umie czytać czy pisać, bo nauka w takiej szkółce jest rotacyjna; dzieci są wysyłane na rok, dwa do szkoły, później pozostają w domu, a do szkoły idzie kolejne rodzeństwo. Nie ma obowiązkowego nauczania.

Takie wyprawy wodne nazywa Siostra "wyprawami misyjnymi". Co jest w nich najistotniejsze?

Odpowiem najkrócej: ewangelizujemy. Chcemy wypełnić jasne polecenie Chrystusa: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię, Dobrą Nowinę o zbawieniu wszystkich ludzi. Usiłujemy tę Dobrą Nowinę przekazywać na różne sposoby według naszych możliwości. Jeszcze jedno: chcemy wypełnić wielkie przykazanie miłości bliźniego i dawać świadectwo naszej wiary. W tych ludziach widzimy naszych braci, co więcej, widzimy w nich naszego Brata, samego Jezusa Chrystusa.

Dar serca dla dzieci w Boliwii
Zgromadzenie Sług Jezusa"
ul. Sewerynów 8; 00- 331 Warszawa
nr konta: 12124020341111000003069231
Wybrane artykuły publikowane tym numerze PSJ:
PSJ VII/2005
skocz do numeru:
© Wszystkie prawa zastrzeżone • WydawnictwoWAM.pl • 2000-2010
Udostępnione informacje nie mogą być kopiowane i publikowane bez naszej zgody.